Jaka jest dzisiejsza, polska dramaturgia dwudziestego pierwszego wieku? Przez wiele dziesiątek lat od zakończenia w Europie drugiej wojny światowej, po przejściu Polski pod wpływy sowieckie dramatopisarze mieli szerokie możliwości twórcze ambitnie walcząc piórem o wolność dla kraju. Narodziło się wielu wspaniałych autorów, którzy pomimo cenzury zdołali wnieść do literatury wartości podtrzmujące naród w nadzieji na lepsze jutro. Pojawiły się takie nazwiska jak Mrożek, Różewicz, Herbert, Miłosz i wielu innych.

Epoka ta jednak minęła. Zdawać by się mogło, że w kraju wolnym od totalitaryzmu sowieckiego zabraknie ambitnych tematów na wspaniałe, nowe dramaty, bo z czym teraz walczyć w kraju wolnym, w pełni demokratycznym. Ale nowy czas przyniósł nowe problemy, które dostrzegło i podchwyciło młode pokolenie pisarzy. Powstał problem katolicyzmu, który nie przeszkadza, dopóki nie wkracza w życie osobiste jednostki. Mowa tutaj przede wszystkim o instytucji, która bardziej kocha dogmaty niż człowieka.

Dostrzega się negatywne piętno, jakie nauki Kościoła wywierają na prostych naiwnych ludzi. Przewodzi temu prywatna stacja radiowa „Radio Maryja”.

Nowe zjawisko otrzymało nawet swoją nazwę „moherowe berety”. Zabawne jest źródło tego określenia. Przemożny wpływ Kościoła najbardziej przemawia do starszych, naiwnych, głównie kobiet, które najczęściej na głowach nosza berety dziergane ręcznie z wełny moherowej.

Do tego dochodzą jeszcze warunki, w jakich mieszka większość Polaków. Są to osiedla betonowych bloków, pozostałość po gopodarce socjalistycznej. Mieszkania małe, gęsto zaludnione. Osiedle liczy sobie często wiele setek mieszkańców. Zagęszczenie wywołuje konflikty, problemy.

Do tych tematów sięgnęli młodzi, nowi twórcy, pokolenie, które na szczęście nie zdąrzyło już przesiąknąć wpływami socjalizmu. Mają nowe spojrzenie na polską społeczność, dostrzegają negatywne zjawiska i również, jak ich poprzednicy, starają się z tym walczyć piórem.

Do czołówki tego młodego pokolenia należy dramatopisarz Tomasz Kaczmarek, urodzony w roku 1970, doktor nauk humanistycznych. Jego dramaty najlepiej obrazują sytuację polskiego totalitaryzmu katolickiego. Wszystkie oparte są o jego własne doświadczenia, spostrzeżenia i chociaż chwilami zakrawają na nierealność, absurd, są niestety prawdziwie z życia wzięte.

W twórczości Tomasza Kaczmarka rzeczywistość polskiego blokowiska spotyka sie z katolicką obyczajowścią i metafizyką, która manifestuje sie w życiu prostych, naiwnych bohaterów.

W dramacie „Wchodzenie i schodzenie Rysia” Oglądamy parę bohaterów, którzy terroryzują cały blok, broniąc swego ogródka z różami, jakby to była oblężona średniowieczna twierdza: na wrogów leją wrzątek i obrzucają jajami. Prowadzą również całodobowy podsłuch sąsiadów, z uchem przyłożonym do kaloryfera lub za pomocą szklanki przystawionej do ściany.

„Obywatel męczennik” opowiada z kolei historie niejakiego Kazika, palacza z osiedlowej kotłowni, który odkrywa w sobie moc charyzmatycznego uzdrowiciela i religijnego proroka. Mieszkancy bloku lgną do niego po pomoc, a ksiądz chce urządzić w jego mieszkaniu sanktuarium. Kazik nie chce jednak być obiektem kultu i w finale sąsiedzi organizują mu meczeńską śmierć.

Dramat „O pani, co się nie ruszała a dziwnie gadała”inspirowany był „Wizytą starszej paniDürrenmatta”, ale jest również związany z polskim katolicyzmem. Do liberalnego, żyjącego w dobrobycie i spokoju miasteczka przybywa portret znanej gwiazdy i pielgrzymuje od domu do domu niczym świete obrazy Matki Boskiej niegdyś wędrujące po polskich wsiach i miasteczkach. Pielgrzymka wywołuje wśród mieszkanców objawy zbiorowego szaleństwa religijnego. W końcu zaniepokojone rozwojem wypadków elity postanawiają obraz wyrzucić.

Kaczmarek nie chce powiedzieć, jaka cześć rzeczywistości jego sztuk pochodzi z jego osobistego doświadczenia. Ale przyznaje, że podobnie jak wielu rodaków mieszkał w bloku i doskonale zna blokową mentalność.

W bloku rozgrywa sie również akcja „Matki cierpiącej”. Bezpośrednią inspiracją była „Matka Courage” Bertolta Brechta, opowieść o markietance, która ze swoim wozem i dziećmi wlecze sie za wojskami podczas wojny. Ale podczas pracy nad tekstem inspiracja nad Brechtem zatarła się, została tylko postać matki, która rządzi mikroświatem rodziny. Próbuje ochronić bliskich przed wyobrażonymi niebezpieczeństwami i wrogami, ale w efekcie ich uśmierca.

Dla Kaczmarka „Matka cierpiąca” to metafora specyficznej, polsko-katolickiej mentalności. Napewno lęki matki wychodzą z naszych polskich lęków i nas wszystkich dotyczą. Każdy Polak, czy tego chce czy nie, jest zanurzony w pewnym typie katolicyzmu. Takich mateczek, co nie piją i nie palą, chodzą regularnie na msze do Kościoła, a wykańczają metodycznie członków rodziny są miliony. „Matka”jest także według Kaczmarka dowodem na istnienie przemocy i zła.

Kiedy zdegenerowana młodzież ucina głowy staruszkom w celu wyszarpnięcia im z emerytury ostatnich dwudziestu złotych, kiedy połączeni sakramentalnym związkiem „na zawsze” i to w dodatku „przed Bogiem” małżeństwa uśmiercają swe dzieci w beczkach, kiedy to wreszcie przestępcy nawzajem się eliminują, to taka mateczka w fartuszku dobrze skrojonym wypada blado na tle ogólnoświatowej przestępczości. Jest wręcz niewidoczna. Przecież nie bluźni, składa rączki odpowiednio, jak w szkole uczono, często mówi o miłości i poświęceniu, ba, dusza jej jest bliższa od gnijącej rzeczywistości. Jednym słowem święta z blokowiska.

Kaczmarek przy użyciu ciekawej poetyki opisuje to, co w Polsce jest dzisiaj problemem. Doskonale demaskuje pustą polską religijność, dewocje, wszystkie fobie. W sztuce „Matka” jest zawarta bardzo czujna obserwacja mechanizmów, które sprawiają, że takiemu totalitaryzmowi ulegamy.

Z jednej strony matka to przedstawicielka głupoty, pustej wiary, oszałamiającego prymitywizmu. Można ją postrzegać jako rycerza Kościoła. Niemniej ta rubaszna mateczka jest także ciepła i czuła.

Tomasz Kaczmarek w swoich dramatach sygnalizuje istniejący problem wpływu instytucji kościelnych na przeciętnego obywatela, jednakże nie jest to zjawisko wyłącznie charakteryzujące Polskę i chrześcijaństwo-katolicyzm. Spójrzmy na ulicę egipską, a także na Europejki, Polki tutaj mieszkające. Jakże szybko zapomniały one o swych wielowiekowych korzeniach, przechodząc na islam i zakładując chustę. Zmieniły religię jak przysłowiowe „rękawiczki”. Czy mężowie, którzy nakłonili swe żony na zmianę religii znają islam, są w pełni świadomi słów zawartych w Koranie? Obawiam się, że nie, gdyż tylko znikoma część społeczeństwa zna na tyle język arabski, aby móc interpretować tę wielką Księgę. Nikt z nas, zwykłych „zjadaczy chleba”, nie studiował dogłębnie ani Biblii, ani Koranu, aby pozwolić sobie na jakąkolwiek interpretację. Nie posiadając tej wiedzy bardzo łatwo o pomyłkę, co w efekcie prowadzi do zła, jest pryeciwko religii, a nie objawem religijności, wiary w Boga. Nie dotyczy to tylko wyznawców islamu. Podobne zjawisko spotykamy wśród chrześcijan egipskich, którym nie wystarcza fakt, iż wybranka jest tego samego wyznania, należy ją na nowo ochrzcić, na ortodoksyjkę. Koło zamknięte, powrót do średniowiecza. W Polsce „moherowe berety”, tutaj „hagab”…

Egipscy pisarze, wśród nich znany i ceniony poeta Ahmad Abdel Mouaty Hegazy, podobnie jak pan Kaczmarek, walczą piórem z tym zjawiskiem i można mieć tylko nadzieję, że ten nieuzasadniony fanatyzm kiedyś ustąpi miejsca prawdziwej wierze w Boga.

(THE CREATIVE FORUM FOR INDEPENDENT THEATRE GROUO, Aleksandria, Egipt, 2008)

Muzyka a… muzyka

Posted: 2 września, 2019 in Kultura i Sztuka

Niedawno miałam z kimś długą rozmowę na temat muzyki. Oczywiście, wiedza mojej rozmówczyni jest większa od mojej i szybko mnie przeargumentowała. Długo nad tym myślałam, a potem przez kilka kolejnych dni słuchałam różnych utworów klasycznych. W tym i Bolero, które uwielbiam, a które ona uważa za nudne, przereklamowane, prostackie. Sam kompozytor, Ravel uważał, że napisał wielu utworów dużo lepszch. Nie ma to jednak wpływu na moje odczucia.

Zrozumiałam na czym polega różnica w podejściu moim i mojej rozmówczyni. Nie mam rozeznania w technicznych zawiłościach muzyki. Nie znam się na nutach i na wszystkich niuansach zapisu utworów, na układach orkiestralnych. Mam chwilami odczucie, że znawcy, krytycy rozbierają utwór matematycznie na części, ja nie. Ja jestem tylko słuchaczem, odbiorcą dźwięków, które bardziej lub mniej przypadają mi do gustu. Słuchając muzyki, czy nawet improwizowanej kompozycji samych dźwięków odbieram to całym ciałem, wszystkimi zmysłami. Nie są to dla mnie zapisane nuty rozpisane na instrumenty. W mojej wyobraźni tworzy się obraz, podkład do słuchanych dźwięków. I w tym obrazie się przemieszczam razem z muzyką. Raz jestem na pozornie monotonnej pustyni z cicha szumiącej wiatrem i przesuwającymi się drobinami piasku; ta pustynia żyje. Innym razem wyobraźnia moja przenosi się do lasu z jego głosami ptaków, szumem liści i traw lub w mroźną Tajgę ze skrzypiącym śniegiem, świstającym wiatrem  i hukiem pękającego lodu na pobliskim jeziorze.

Nigdy nie interesuje mnie kto w danej chwili gra, z reguły nie patrzę na grających, a nawet gdy wzrok kieruję w kierunku muzyków patrzę przez nich. Przenoszę się w inny świat, świat mojej wyobraźni. Odrywam się od rzeczywistości, od realnego życia. Gdy muzyka cichnie długo trwa, zanim uświadomię sobie gdzie jestem, co robię. Powrót do zwykłego świata nie jest dla mnie łatwy, nie chcę do niego wracać. Widzowie na końcu koncertu klaszczą, mnie to przeszkadza. Wkraczają brutalnie w świat mojej wyobraźni, niszczą go.

Muzyka klasyczna jest tylko zbiorem zapisanych dźwięków, które możemy słuchać zebrane w całkiem odmiennej postaci. Z przymkniętymi oczami słuchałam w wykonaniu Ute Wassermann Habitat Imaginario[1]. Miałam wrażenie, że jestem nad brzegiem jeziora porośniętego przy brzegach sitowiem. W około las. Leżę na drewnianej kładce schodzącej w jezioro. Po jeziorze płynie motorówka, której silnik nierówno pracuje, chwilami krztusi się. Gdzieś dalej, po drugiej stronie jeziora jest tartak i tną drzewo. W trzcinie ptaki wodne rozmawiają, szumi las, coś przebiegło – jakieś małe zwierzątko. Mówili mi, że nad jeziorem odpocznę od miejskiego hałasu, ale nie. Jest głośno, lecz ten hałas przyrody jest kojący, uspokajający. Odpoczywam.

Nie zawsze są to obrazy jak z filmu. Bywa, że w mojej wyobraźni pojawiają się same barwy od bieli co całkowitej czerni. Są chwile, że obraz jest szary, ponury, przytłaczający albo pojawia się feria roztańczonych wesołych kolorów.

We wszystkich wywodach o muzyce zapominamy o jednym – muzyka istnieje na Ziemi od jej zarania. Towarzyszyła człowiekowi od zawsze, jest jednym z przejawów rozwoju naszej kultury. Początkowo była celem praktycznym, formą komunikacji głosem lub przy pomocy prostych, własnoręcznie wykonywanych instrumentów jak muszle, piszczałki, bębny, kołatki… Muzyka towarzyszyła zabawom, tańcom czy rytuałom religijnym i pogrzebom, stała się też elementem tożsamości zbiorowej. Ta wczesna muzyka w swej pierwotnej formie istnieje do dzisiaj w wielu regionach świata, ale my jej nie słuchamy, nie umiemy jej słuchać. Nasze ucho pozbawione zostało zdolności odbierania niuansów słyszanych dźwięków, ograniczyło się do wzorców europejskich uważając, że one jedynie mają wartość.

Spotkałam się z opinią, że w szkołach winno się bardziej skupić na nauczaniu muzyki poprzez uczenie jej podstaw. Jakiej muzyki, jakich podstaw? Czy tej europejskiej? Europa, to nie cały miliard ludności, a na całym świecie jest nas osiem razy więcej. Te siedem miliardów ludzi ma swoją muzykę, swoje odmienne naszemu zrozumieniu dźwięki. My ich nie doceniamy, bo poprostu nie rozumiemy. Moim zdaniem, przede wszystkim winno się w szkołach nauczyć młodzież słuchać, uczulić na wszelakie dźwięki, te otaczające nas również; uczyć zrozumienia muzyki, zapoznać z wszelkimi jej formami, rozmawiać o niej.

Muzyka nigdy nie zaniknie, będzie trwała jak długo świat będzie trwał. Zawsze będą jej twórcy, wykonawcy i słuchacze, odbiorcy ich sztuki.

 

 

 

 

 

[1] https://soundcloud.com/utewassermann/habitat-imaginario-for-voice-bird-whistles-and-field-recordings-stereo-version

Kobieta

Posted: 6 kwietnia, 2019 in Rozne

Od kilku lat toczy się wielka dyskusja na temat aborcji, ochronie dziecka poczętego, o moralnej odpowiedzialnosci, itd, itp. KK naciska, rząd naciska. Wypowiada sie dużo „autorytetow”, „znawcow tematu”. Nigdy jednak nie mówi sie o samej kobiecie, o konsekwencjach jakie ponosi podczas samej ciąży, jak i w dalszym życiu po urodzeniu dziecka. Ciąża wpływa nie tylko na ich biologię, ale na całe dalsze życie ekonomiczne, społeczne; obniżony zostaje jej komfort życia.

Skupię się tylko na skutkach biologicznych. W trakcie samej ciąży, trwającej dziewięć miesięcy, powszechnymi powikłaniami (po urodzeniu dziecka mijają, aczkolwiek nie zawsze) są: nadmierne zmęczenie, zaburzenia apetytu, zmysłu smaku oraz węchu, mdłości oraz wymioty, zgaga i niestrawność, zaparcia, przybieranie na wadze, zawroty głowy, wzdęcia i zatrzymanie wody w organizmie, skurcze brzucha, infekcje grzybicze, krwawienia z nosa, trądzik, przebarwienia skóry, bóle pleców, zwiększone bóle głowy, problemy ze snem, zwiększone oddawanie moczu i nietrzymanie moczu, krwawienie z dziąseł, bóle stawów, trudności w staniu i siedzeniu w późniejszym okresie ciąży, niemożność przyjmowania regularnych leków, skrócony oddech, zwiększone ciśnienie krwi, wypadanie włosów, zwiększone prawdopodobieństwo zachorowania na anemię – do objawów zalicza się bladość skóry, osłabienie, skrócony oddech, niemożność uczestnictwa w niektórych zajęciach sportowych, większe prawdopodobieństwo chorób, wraz z tymi śmiertelnymi, skrajne bóle (poród), hormonalne zmiany nastrojów.

Kobieta decydująca sie na posiadanie dziecka musi byc swiadoma jakie zycie moze miec przez najblizsze trzy kwartaly, jak i dalsze.

Na tym jednak nie koniec. Po urodzeniu dziecka kobieta nadal ponosi konsekwencje podjętej decyzji. Narażona jest na powszechne powikłania decydujące o jej dalszym życiu, komforcie życia. Należą do nich: rozstępy, stały przyrost masy ciała, osłabienie mięśni brzucha oraz pochwy, zaburzenia oddawania moczu, zmiany w piersiach, żylaki, blizna po nacięciu krocza, lub cesarce, hemoroidy, skłonność do utraty zębów i osteoporoza, zwiększone ryzyko zachorowania na Alzheimera.

Czynnik społeczny (pomińmy w tych rozważaniach ojców, chociaż ich stanowisko ma duży wpływ na zdrowie kobiety) – kobiety mając na uwadze przede wszystkim dobro swego dziecka gorzej się odżywiają, pomimo iż ciąża dokonała w ich organizmach poważne spustoszenie, na przykład w ilości wapnia.

To tylko drobna część konsekwencji jakie ponosi kobieta decydująca się na rodzenie dzieci. O tym się nie pisze, nie mówi, temat „zamiatany pod dywan”. Decyzja czy kobieta chce mieć w ogóle dzieci, a jeżeli – to ile, winna należeć wyłącznie do niej. Żaden Kościół, żadne czynniki społeczne, żadni „mądrzy znawcy”, żadne ustawy prawne nie powinny mieć w tym zakresie głosu. Nie mają prawa osądzać, karać, stosować „klauzulę sumienia”. Wszystkie te działania to przejaw prymitywizmu godnego epoki Sredniowiecza, a podobno jestemy w XXI wieku.

Źródło: https://nihilnova.wordpress.com/2012/12/05/z-cyklu-rodz-sobie-sam-ciaza-i-macierzynstwo-czyli-o-czym-sie-nie-mowi-skutki-porodu-skutki-ciazy-oraz-dlugofalowe-skutki-macierzynstwa/

 

Klepsydra

Posted: 5 Maj, 2017 in opowiadania

Pisanie pozwala odegnać lęk. Na krótką chwilę odsuwa go na bok przed upływającym czasem. Absolutnie wszystkiego, co przepływa nam przez głowę. Byle z pominięciem bzdur. Zapewne właśnie w takich chwilach się pisze – gdy nie ma z kim porozmawiać. Albo raczej wtedy, kiedy to, co ma się do powiedzenia, nie mieści się lub nie może zostać zrozumiane w zwyczajnej rozmowie. Gdy potrzeba czegoś więcej. Potrzeba czasu.

Stojąca przed nami klepsydra nieubłaganie nam o nim przypomina. Dwie szklane bańki połączone rurką przesypujące piasek. Czasomierz znany już od prawie czterech tysiącleci.

Z chwilą naszych narodzin pojawia się taka klepsydra z górną bańką po brzegi wypełnioną piaskiem, który z każdym naszym kolejnym oddechem przesypuje piasek  do dolnej bańki. Początkowo, na dole tylko znikomy jego ślad, lekkie zakurzenie dna. To przesypuje się nasz czas.  Nie zwracamy na to specjalnej uwagi, przecież ta górna bańka jest tak olbrzymia. Tak dużo mamy czasu.

Czas, to pojęcie nad którym, od pokoleń, debatują wielkie głowy tego świata. Jest on chwilą, punktem na osi czasu, odcinkiem, trwaniem, czwartą współrzędną w czasoprzestrzeni w teorii względności.

Różnie go interpretowano. Arystoteles w swoim dziele Fizyka pisał: „Czas jest czymś nieuporządkowanym, gdyż powoduje on utratę pamięci, zapominanie. W tym sensie czas jest bardziej przyczyną ginięcia, niż powstawania”. Według Augustyna (XI księga Confessiones) czas „jest on bezcenny, nierozłączny ze zmianą (ruchem), stanowi pewien wymiar świata materialnego i wiąże się z przemijalnością. Teraźniejszość (to, co istnieje materialnie) jest dla niego czasem zauważanym (choć nieuchwytnym), przeszłość (to, co istniało) – pamiętanym, a przyszłość (to, co będzie istniało)”. Dla Newtona istnieje tylko „jeden, uniwersalny i wszechobejmujący czas – płynie on w jednostajnym tempie i nic nie wywiera na niego wpływu. Jest więc absolutny i obiektywnie jednakowy w całym wszechświecie”. Ogólna teoria względności Einsteina uwzględnia „związek czasu z polem grawitacyjnym. Czas nie płynie już odrębnie, lecz jest związany jako czwarty wymiar w pojęciu czasoprzestrzeni. Zgodnie z podstawowym założeniem ogólnej teorii względności, grawitacja powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni. Zegary umieszczone w silniejszym polu grawitacyjnym chodzą wolniej, dlatego zegar leżący na powierzchni Ziemi chodzi wolniej, niż zegar umieszczony np. na szczycie wieży”.

Trwające, pojawiające się w każdej epoce rozważania, dyskusje, spory na temat pojęcia czasu nie mają jednak wpływu na czas jaki my odbieramy, na nasz czas codzienny, w którym żyjemy.

Przez szyjkę klepsydry piasek przepływa jak woda w strumieniu. Płynie. Płynie przez cały czas. Ale czasami poziom wody jest wysoki, i wtedy płynie szybciej. Czasem jest niski, i wtedy płynie wolniej.

Rośniemy, dojrzewamy. Nasze życie pełne jest nowych doznań, uczymy się, poznajemy. Nie odczuwamy upływającego czasu, mamy go jeszcze tak dużo. Osiągamy pewną stabiloność, pewien spokój jutra. Wszystko się ulożyło. Spogladamy na klepsydrę i nagłe zaskoczenie, połowa już sie przesypała. Nie patrzymy na klepsydrę, aby pewnego dnia, w chwili spokoju i zadowolenia odkryć, że obie szklane bańki mają po równej ilości piasku.  Obok druga klepsydra, a w niej podobnie. Tak równomiernie osypuja sie, a jednak zaskoczeni zastanawiamy się kiedy to się stało. Czyżby znaczyło to, że połowa życia właśnie mija? Przecież, tak naprawdę, dopiero się dla nas zaczęło, przed nami jeszcze tyle do zrobienia. Wiemy co chcemy, jesteśmy w sile, rozpiera nas energia. Odwrócić klepsydrę? Oszukać czas? Nie, to nic nie zmieni, jesteśmy w połowie. Czujemy się nieco zagubieni. Chwila refleksji, zadumy, ale nadal z pozytywną wizją jutra idziemy dalej. Wciągamy się w wir życia i znowu zapominamy o naszej klepsydrze.

Nasza dojrzałość sprawia nam przyjemność. Mamy tyle jeszcze planów, tyle spraw nie załatwionych. Tlumaczymy się sami przed sobą, ze do teraz była to część życia nie w pełni dojrzałego, ale teraz wiemy jak ten czas wykorzystać, tylko że zaczyna nam go nieco brakować.

Zaczynasz bardziej obserwować i dostrzegasz, że w drugiej klepsydrze piasek przesypuje się szybciej, jest go coraz mniej, aż pewnego dnia całość osiadła w dolnej części. Nie rozumiesz tego. Przecież nasze klepsydry opróżniały się w równym tempie i zadajesz sobie stale jedno pytanie – dlaczego.

Przez dlugi czas nie zwracasz uwagi na swoja klepsydrę, a gdy na nią w końcu spoglądasz dostrzegasz, jak mało pozostało. Jak długo potrwa, aż ostatnie ziarnko piasku osunie się w dół.

Zaczynasz uzmysławiać sobie, że twój czas, który jako dziecko uważałeś za nieskończony, zbliża się do mety.

 

 

 

 

 

Widok z okna

Posted: 9 lutego, 2017 in Rozne

Weszłam do mieszkania i uderzył mnie zapach jego pustki. Mieszkanie zamknięte od roku, powietrze zatęchłe. Otwarłam wychodzące na wschód okna i wionął na mnie przyjemny, ciepły, wczesno jesienny wiaterek. Widok na ulicę z dziesiątego piętra, w dole tramwaj, dalej osiedle bloków, za nimi zieleń, a na horyzoncie jezioro. Coś jednak zakłócało czystość obrazu. Trzy, wysokie na pięćdziesiąt metrów żurawie, dźwigi budowlane.

Przed laty widok przesłaniał zakład produkcyjny. Typowy twór komunistycznego budownictwa. Wysoki, szary budynek  z przestronnymi halami produkcyjnymi, a na wszystkich piętrach, za oknami, widoczne dziesiątki kobiet zgarbionych nad maszynami do szycia. Okna oczywiście nie myte, widok przytłaczający szczególnie w szarówce jesiennej.

Pewnego dnia postanowiono zakład odświeżyć. Umyto okna, a elewację zewnętrzną pomalowano na jaskrawo bordowy i żółty kolor. Nie można już było mówić o przygnębiającej szarzyźnie, ale patrzeć się na to nie dało bez okularów przeciwsłonecznych. Chodząc ulicą, nie podnosząc w górę głowy można było obok tego przejść, jednak mieszkańcy z bloków vis a vis musieli to znosić codziennie. Każdego ranka budząc się mieli przed oczami tę żółtą płaszczyznę i kobiety zgarbione nad maszynami.

dsc01691

dsc01828

Minęło kilka lat i znowu coś zaczęło się zmieniać. Zakład otoczono płotem z szarej blachy falistej, zniknęły zza okien kobiety. Budynek stał i niszczał, aby po długim okresie zastoju rozebrać go, zburzyć. Pozostał po nim płot falisty, a za nim olbrzymi dół zalany brudną wodą po opadach deszczu lub po topniejącym śniegu, z narastającą ilością śmieci. Mieszkańcy bloków nie patrzyli jednak w dół, mieli przed sobą piękny widok bloków w dalszym planie, zieleni, dalekich portowych urządzeń i jeziora zmieniającego swą barwę zależnie od pory dnia czy roku.

Na szarym ogrodzeniu zaczęły pojawiać się plakaty, afisze, reklamy. Starsze z czasem obdarte, popisane, porysowane, na nie naklejane nowe. Ogrodzenie przeszło swój okres graffiti, bardziej lub mnie udanych. Wielobarwna mozaika szpeciła ulicę.  W niektórych miejscach blacha oderwała sie od słupka łopocząc na wietrze.

Przez wiele miesięcy nic się nie działo, ale w końcu pojawiły się dźwigi, ale ja już wyjechałam. Gdy powróciłam po długim czasie znowu ujrzalam wpierw płot z falistej blachy. Poszarzał, nie miał już metalicznego błysku, narosła ilość plakatów. Widok przygnębiający.

Słońce już zachodziło, ale z okien mieszkania widać było trzy dostojne dźwigi oświetlone ostatnimi promieniami słońca. Ich ramiona ustawione równolegle do bloku, w dole betonowy fundament nowo powstającego budynku i cisza, żadnego ruchu, człowieka, nikt nie pracuje.  Zajęta rozpakowaniem bagażu nie myślałam więcej o widoku za oknem.

Wstałam wypoczęta, słońce już świeciło. Podeszłam do okna, dźwigi stały, ale już nie czerwone tylko szare, a jedno ramię skierowane w stronę mojego okna. Nadal nie widzę nikogo pracującego, kabiny operatorów na samej gorze tej konstrukcji, żadnego ruchu. Cóż, widocznie zadziałało zmęczenie długą podróżą. W ciągu dnia kolor dźwigów się zmieniał co było spowodowane ustawieniem promieni słońca.

Następnego dnia znowu to samo, inny kolor, inne ustawienie kąta ramion, a ludzi nadal nie widzę, bezruch. Wziełam lornetkę, w kabinach pusto. I tak było każdego ranka przez cały mój dwumiesięczny pobyt. Chciałam zobaczyć dźwigi w ruchu, dojrzeć jak operatorzy wchodzą do swoich kabin. Nie udało mi się. Wyjechalam nie rozwiązawszy zagadki, kiedy i przez kogo przesuwane są ramiona dźwigów.

dscf7946  dscf7949

Exif_JPEG_420

 

 

 

 

Aborcja

Posted: 3 lipca, 2016 in Rozne

Temat wszystkim znany w bardziej lub mniejszym zakresie. Bywają okresy ciszy, aby znowu gdzieś wypłynąć przy okazji zmian politycznych. Ostatnio w Polsce jest to główny temat, jeden z tych, który dzieli społeczeństwo. Głos zabierają wszyscy – politycy prawicowi i lewicowi, hierarchowie kościelni, organizacje feministyczne, organizacje ochrony życia, poszczególni obywatele. Problem rozpatrywany pod wieloma kątami. Ludzie głęboko wierzący powołują  się na zapisy w świętych księgach.

Co mnie w tym dziwi? Wszyscy głoszą, że na świecie jest jeden Bóg, więc jego zdanie winno być we wszystkich zapisach takie samo. Czyżby był chwiejny w swych opiniach, czy interpretatorzy świętych ksiąg manipulują w przedstawianiu wiernym tych prawd.

Biblia nie wypowiada się jednoznacznie na temat aborcji, jednakże dla chrześcijan, aborcja to nie prawo kobiety do podjęcia decyzji. To sprawa życia i śmierci ludzkiego istnienia stworzonego na Boży obraz (Ks. Rodzaju 1:26-27; 9:6). Tym słowom zaprzeczają, jednak inne zapisy w Starym Testamencie jak np. W Księdze Kapłańskiej, Księdze Rodzaju czy Księdze Ozeasza. Przytaczam tylko kilka wersów, a jest ich więcej:

Jeżeli chodzi o dzieci w wieku od jednego miesiąca do pięciu lat, to chłopiec będzie oceniony na pięć syklów srebra, a dziewczynka na trzy sykle srebra.” (Kpł 27, 6) – w ogóle nie bierze się pod uwagę płodów, czy niemowląt do jednego miesiąca.

„«Twoja synowa Tamar stała się nierządnicą i nawet stała się brzemienną z powodu czynów nierządnych». Juda rzekł: «Wyprowadźcie ją i spalcie!»”   (Rdz 38, 24) – tutaj jest mowa o cudzołóstwie i nie czeka się, aż dziecko się narodzi – zostaje spalone w jej łonie, wraz z matką.

„Samaria odpokutuje za bunt przeciw Bogu swojemu: poginą od miecza, dzieci ich będą zmiażdżone, a niewiasty ciężarne rozprute.” (Oz 14, 1) – już bardziej dosadnie nie można było wyrazić, na co skazane są kobiety i ich nie narodzone dzieci.

Faktycznie, nie kobieta decyduje czy jej dziecko się urodzi, gdyż prawo boskie może je uśmiercić w bardzo okrutny, wyszukany sposób.

Biblia (w tym Nowy Testament) w żadnym miejscu nie potępia wyraźnie aborcji i nawet o niej nie wspomina, jednakże współcześni hierarchowie kościoła starając się wywrzeć presję na wiernych powołują się podstawowo na werset z Księgi Wyjścia (21:22-23), który interpretowany jest jako stwierdzenie, że embrion i płód są istotami ludzkimi. O tych nie przychylnych ich opiniom wersetach w ogóle się nie mówi, gdyż wiadomo, że nikt nie czyta starego, nowego testamentu czy nawet Biblii. Przedstawia i interpretuje się teksty wybiórczo na potrzeby chwili.

Wiekszość wyznań chrześcijańskich neguje aborcję, różnice polegają jedynie na interpretacji, czy i kiedy można do niej dopuścić, jak np. zagrożenie życia matki, ciąża będąca wynikiem gwałtu, stwierdzone upośledzenie embrionu.

Judaizm nie przychyla się do chrześcijańskiej interpretacji wersetu z Księgi Wyjścia, uważając iż dotyczy to już uformowanego płodu. Ogólną zasadą w judaizmie jest traktowanie każdej prośby o aborcję jako indywidualnego przypadku, który trzeba oddzielnie rozważyć i który musi być poważnie umotywowany. Istnieje wiele interpretacji prawa o aborcji od przyzwolenia do całkowitego zakazu. Większość rabinów dopuszcza aborcję, jeżeli zagrożone jest życie matki – nie tylko w sensie fizycznym ale i psychicznym, ciąże będące wynikiem gwałtu lub kazirodztwa. W przypadku wad lub chorób wrodzonych embrionu aborcja jest nie dopuszczalna.

Odmienny stosunek do aborcji ma islam. Duży wpływ ma podejście tej religii do pojęcia duszy. Według zapisu w Koranie rozwoju embriologicznego Bóg obdarza embrion duszą dopiero po upływie 120 dni od zapłodnienia.

W krajach, gdzie religią dominującą jest islam jest jeszcze wiele różnych odłamów, różnych interpretacji Koranu, podobnie jak w wielowyznaniowym chrześcijaństwie. Ostatecznie problem aborcji reguluje prawodawstwo poszczególnych państw muzulmańskich, będące odzwierciedleniem tendencji religijnych konkretnej społeczności.

 

W poszczegolnych panstwach swiat powołuje się ustawy regulujące sprawy oborcji, ponadto prawa dostepności środków antykoncepcji lub wręcz całkowity zakaz jej stosowania. Wszystkie te przepisy podyktowane są wymogami religii i skierowane głównie przeciwko kobietom. Stosować się do nich muszą również ludzie o przekonaniach ateistycznych, gdyż według duchowieństwa tych religii takie zjawisko nie istnieje. Człowiek urodzony w rodzinie automatycznie zostaje przypisany religii swoich przodków już w chwili narodzin, nikt się go nie pyta w przyszłosci czy tego chce. Dorosły człowiek deklarujący ateizm w statystykach nadal figuruje jako wierzący. W chrześcijaństwie można wystąpić z wnioskiem o apostazje, jednak nie jest ona do końca pełna. Zostaje nadal w rejestrach, jest się jedynie zawieszonym na czas nieokreślony. Nie wiem, jak to wygląda później w statystykach.

We wszelkich rozważaniach mówi się o kobiecie, embrionie, o grzechu śmiertelnym. Nigdy nie rozpatruje się tej sprawy od strony dziecka urodzonego z wrodzonymi wadami, dziecka, które wymaga wieloletniej opieki, które nigdy nie będzie żyło w społeczeństwie na równych prawach.

Mózg ludzki do dzisiaj jest najbardziej tajemniczym, nieznanym organem człowieka. Medycyna nie jest w stanie przeniknąć do myśli i odczuć tego dziecka.  Istnieją tylko spekulacje. Przykładowo, często mówi się, że człowiek po urazach głowy, wpadający w śpiączkę nie słyszy, nie odbiera niczego co się w około niego dzieje. Okazuje się, że w wielu przpadkach chory słyszał, rozumiał, czuł.

A jakie myśli są tych upośledzonych dzieci? Czy skazując je na życie nie wyrządzamy im wielkiej krzywdy? Czy dorastając dostrzegają swoją odmienność, swoje kalectwo, czy są szczęśliwe? Czy nie skazujemy je na wieczne cierpienie? Tego nikt nie wie, bo nie przeniknie się do tego mózgu. A co się z nimi dzieje, gdy traci tych najbliższych rodziców, którzy się nim tak troskliwie opiekowali, z którymi miał jedynie prawdziwie, zrozumiały kontak?

Nie popieram aborcji, ale uważam że taką decyzję mają prawo podejmować wyłącznie rodzice dziecka, matka. I nigdy nie skrytykuję kobiety, która jej dokonała uważając, że podjęła decyzję jaką widocznie musiała. Sama, gdybym wiedziała, że mój płód rozwija sie z wadami, które uczynią moje dziecko kaleką na całe życie, że będzie cierpiało – dokonałabym aborcji z wielkim bólem, ale nie dopuściłabym, aby to dziecko przeszło przez życie z jeszcze większym bólem.

Szanuje i podziwiam opinie wyrażona przez rabina Eliezar Yehuda Waldenberg, który uważa, że winno się usunąć ciążę, jeśli embrion ma wady lub chorobę, które po urodzeniu mogą mu przysporzyć znacznych cierpień.

Wszystkie akcje, przepisy, ustawy  zabraniające dokonywania aborcji na pewno nie wpłyną na ich spadek. Od pokoleń były dokonywane i będą. Wpłynie to jedynie na większe ryzyko życia kobiet, które będę je dokonywały w „podziemiach” przez osoby niekompetentne.

 

 

 

Bezsenność

Posted: 13 kwietnia, 2016 in Rozne

635766412055651789

Bezsenność (asomia, agrypnia, łac. insomniaang. insomnia) – według źródeł encyklopedycznych  „jest zakłóceniem stanu zdrowia, w którym niewystarczająca jest długość snu lub niezadowalająca jakość snu. Bezsenność może polegać na trudnościach w zasypianiu, wczesnym przebudzaniu się, wybudzaniu się w trakcie snu lub na złej jakości snu, czego następstwami są brak poczucia wypoczęcia, gorsze samopoczucie lub zaburzenia funkcjonowania w ciągu dnia. Bezsenność może być rozumiana bądź jako objaw, bądź jako odrębna jednostka chorobowa.[1] Potem następuje szereg opisów przyczyn bezsenności, fachowych porad… Przeszłam przez wszytkie i bez efektów.

Czujesz potrzebę snu i… nie zasypiasz. Leżysz godzinami, myśli skaczą z tematyu na temat, ale sen nie nadchodzi. Oczywiście przeszły baranki, setki ich i dalej nic. Zmieniłam je na kotki i kolejne fiasko. Nie mam kłopotów, które moglyby dręczyć nocami,

W przeciągu dnia staram się znaleźć intensywne zajęcia. Nie robię sobie drzemek, rezerwując czas na noc. Prócz porad medycznch wysłuchuję porad przyjaciół – szklanka ciepłego mleka, kąpiel, herbatki ziołowe, miód i… nic.

Niechętnie sięgam po środki farmakologiczne, ktore raz działają, a raz nie.

Jako młoda dziewczyna sypiałam mało. Ojciec mnie ostrzegał, że kiedyś te zaległości dadzą o sobie znać wieloma godzinami snu, ale i to się nie sprawdziło. Zdarzy się, że prześpię osiem godzin i wówczas jestem szczęliwa.

Ta bezsenność jest bardzo męczęca, ma bardzo ujemny wpływ na energię dnia następnego. Jak sobie z tym poradzić_

na_bezsennosc_jedna_rada_2014-07-17_23-48-46

 

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezsenno%C5%9B%C4%87#Nast.C4.99pstwa_bezsenno.C5.9Bci_i_wsp.C3.B3.C5.82chorobowo.C5.9B.C4.87

 

Pan Bawab

Posted: 6 lutego, 2016 in opowiadania

Dzielnica, niegdyś należąca do reprezentacyjnych nadal za taką jest uważana, ale jej czas świetności dawno już minął. Dzisiaj ktoś ją nazwał „dzielnicą bawabów” (dozorców). I to prawda, oni wiodą tutaj prym. Siedzą z papierosem przed kamienicami, popijają przesłodzoną herbatkę w szklankach po musztardówce lub kubkach i z reguły nic nie robią. Swoje obowiązki sprzątania klatek schodowych wypełniają z większą lub mniejszą gorliwością, najczęściej mniejszą, o czym świadczy wygląd tych klatek. W kamienicach, w których zamieszkuje jej właściciel, sytuacja jest nieco lepsza, dozorca bardziej się stara, boi się swego pana. Większość jednak kamienic to mieszkania na wynajm o które nikt nie dba, nie maluje ich, nie remontuje. Niektórzy najemcy starają się we własnym zakresie polepszć wygląd otoczenia, ale jest to przysłowiowa „kropla w morzu”.

Dozorcy wiedzą wszystko co, kto, gdzie i tylko patrzą jak i komu  uszczknąć parę groszy. Otrzymują od mieszkańców swoją comiesieczną składkę, ale – z tym należy się zgodzić – na utrzymanie rodziny jest to stanowczo za mało. Poszukują więc innych źródeł. Za każdą usługę – kupienie drobiazgu dla mieszkańca, wniesienie bagażu, znalezienie mechanika do popsutego kranu czy anteny satelitarnej – za to wszystko pobierają pieniądze. Ale nie tylko od lokatora, mechanik płaci również haracz, musi dzielić sie zarobkiem. Często w tych drobnych usługach wyręczają ich własne dzieci jednak pieniądze idą do kieszeni ojca.

I tak „nasz pan” obrasta w sadełko czujnym okiem obserwując, aby nic nie uszło jego uwadze. Nie próbuj korzystać z pomocy kogoś z zewnatrz nie prosząc o to bawaba, popadniesz w niełaskę „pana”.

Cieżką pracę ma ten nasz bawab.

Jest jeszcze żona, najczęściej szara myszka zdominowana przez meża. Co należy do jej obowiązków? Oczywiście pomoc mężowi w dbałości o czystość kamienicy. Prócz tego normalne zajęcia – sprzątanie kącika w którym mieszkają, pranie, gotowanie… Dlaczego kącika? Jest to najczęściej mała klitka pod schodami w której muszą się zmieścić co najmniej cztery osoby. Tam gotują, jedzą, odpoczywają przy telewizorze, tam dzieci odrabiają lekcje, tam śpią i kochają się dbając o przyrost naturalny. Wszystkie zajęcia związane z tą klitką należą do obowiazków żony. Czy ma wolny czas? Tak, ma go dużo i każdego dnia poświęca go na odpłatne sprzątanie mieszkań lokatorów nie tylko w jej kamienicy. Każdego dnia przez cały tydzień gdzieś u kogoś sprząta.  Zarabia dużo więcej niż mąż, ale on, głowa rodziny, trzyma kasę. Jak każda kobieta jest przebiegła i skrzętnie chowa część pieniądzy, które przeznacza na szkolne potrzeby dzieci. Żali się, że szkoła jest marna, że nie wiele dzieci z niej wynoszą, że są bite i przymuszane do brania odpłatnych korepetycji. Przyznała, że mogłaby więcej pracować i przenieść dzieci do szkoły pół prywatnej, o wyższym standardzie. Kłopot jednak w tym, że nie tylko są to koszty opłaty, ale dzieci, aby czuć się dobrze winny chodzić lepiej ubrane, mieć lepsze kanapki na drugie śniadanie. Nie zmieni to jednak podejścia do nich nauczycieli i rówieśników, będą zawsze kimś gorszym, wyśmiewanym, dziećmi Bawaba.

Żona dozorcy najczęściej jest to kobieta uśmiechnięta, życzliwa, pomocna. Niejednokratnie lokatorzy chcą wnioskować o zmianę dozorcy, ale żal im tej kobiety i ich dzieci. Nie łatwo będzie im znaleźć nową pracę w tak intratnym punkcie miasta. Mają wybór powrotu na wieś, z której się wywodzą, ale tam o przeżycie jeszcze trudniej.

Właściciele kamienic nie są zbytnio zainteresowani ich stanem. Dla nich liczy się tylko zarobek uzyskany z wynajmu mieszkań. Bardzo trudno wyegzekwować od nich naprawę czegokolwiek. Ale cóż można od nich wymagać skoro państwo też się tym nie interesuje. Wystarczy spojrzeć na ulice przy których te kamienice stoją.

Na obrzeżach miasta powstają nowe, luksusowe, zadbane dzielnice, a o starych, z bogatą tradycją i historią zapomina się, nikt o nie nie dba. Oddało się je w zarząd bawabom.

Hagga

Posted: 6 lutego, 2016 in opowiadania

Hagga

 

To był jej pierwszy pobyt w Egipcie. Oczywiście poznawanie tego kraju zozpczęła od piramid. Podobały się, ale przeszkadzał jej ten tłum ludzi.  Wszędzie głosy pstrykających aparatów, nawoływania, śmiechy, gwar… przecież to miejsce było dla niej święte, gdzie przed pięciu tysiący laty pracowało i umarło wiele istnień ludzkich, gdzie dzieci śmiały się i płakały. Zwiedziła też Sakkare i schodkową piramidę Dżesera( Josera), w końcu dojechała do Dahshur i tam znalazła to, czego szukała. Piramidy: dwie króla Snofru (ojca Cheopsa) oraz trzy: Amenemhata II (Biała), Senusereta III i Amenemhata III (Czarna). Piramidy Snofru pod względem wielkości zajmują trzecie i czwarte miejsce po piramidach Cheopsa i Chefrena. Często określa się je mianem: Czerwonej i Łamanej. Jest jeszcze kilka mniejszych dla rodziny faraona, już nie tak okazałe jak władców. Atmosfera w około nich jest jednak niepowtarzalna. Jedyny dźwięk do delikatny ruch wiatru. Piramidy, słońce, pustynia i… nic więcej. Długo siedziała na piasku i przeżywała piękno miejsca i chwili. Nigdy nie były jednolitej barwy, zmieniały ją.  Jest ateistką, ale pomyślała, że jeżeli Bóg jednak istnieje, to może być jedynie tutaj. Nie w kościołach ze swoim bogatym zdobnictwem i złoceniami, nie w przepięknej architekturze meczetów czy w synagogach , ale tutaj, na tym pustkowiu, którego historia sięga wielu tysięcy lat, na pewno więcej niż zdołano to udokumentować.

Potem ruszyła w miasto między stare zabytkowe budowle, w uliczki na szerokość wyciągniętych rąk, z bielizną zwisającą na rozpiętych sznurach. Mijała ludzi biednych i uśmiechniętych, zaniedbane i piękne, czarnookie dzieci, bazary handlujące wszystkim co orient może zaoferować. W około unosił się zapach kurzu, spalin samochodowych, smażnych na oleju potraw, wszelakich przypraw, kadzideł. To wszystko nie przeszkadzało jej w podziwianiu i dostrzeganiu uroków miasta tak odmiennego od tych, które poznała w Europie. Tę odmienność przyjęła taką jaka ona była nie starając się wnosić niczego ze swojej kultury.

Popołudnimi snuła się ulicami nabrzeżnymi obserwując ludzi, którzy przyszli tu, aby zaznać nieco chłodu w tę gorącą, egipską noc. Pary młodych dyskretnie trzymających się za ręce, rodziców z gromadką wesołych dzieci, rybaków mających nadzieję, na złowienie w Nilu rybę tak dużą, iż po kres życia będą mogli o tym opowiadać sąsiadom czy wnukom. Wszyscy weseli, pogodni, życzliwi.

Poznała grupę egipskich młodych ludzi z którymi szybko się zaprzyjaźniła. Większość w nich była z kręgów artystycznych. Pewnego wieczoru wpadli do niej niespodziewanie. Poczęstowała ich herbatą, porozmawiali i sądziła, że na tym spotkanie się skończyło, gdy jedna z dziewcząt zaproponowała:

– to może pójdziemy do Fishawy na shishę?

– …

– Na fajkę wodnę, nargile,  jak wy to nazywacie. U nas to poprostu shisha

Wszyscy entuzjastycznie to przyjęli podnosząc się, więc i ona wstała i ruszyła z nimi, aczkolwiek nieco zaskoczona wyjściem o tak późnej porze, dochodziła już północ. Wsiedli do taksówki i przez pół godziny jazdy nadal zatłoczonym Kairem opowiedziano jej w skrócie co to za kawiarnia do której jechali.

El Fishawy liczy sobie ponad 250 lat. Była ulubioną kawiarnia artystów. Bywał w niej egipski laureat Nobla, Naguib Mahfouz, szkice do swoich obrazów robił George Bahgoury i wielu innych znanych ludzi tam przesiadywało. Mówi się nawet, że pili tam kawę król Egiptu Farouk I i jego syn Fu’ad II.

Kawiarnia czynna jest przez wszystkie dni tygodnia i przez całą dobę. Serwują wspaniałą kawę w tygielku, charakterystyczną herbatę z liśćmi mięty, soki i obowiązkowo shishę o różnych dodatkach owocowych. Alkoholu tam nie ma. Rzesze turystów przychodzą odpocząć po długiej wędrówce na bazarze Khan Khalili, przychodzą też rodziny z dziećmi. Wśród gości stale kręcą się natrętni handlarze pamiątek. Do wieczora jednak tłok i gwar zanikają. Pojawiają się inni bywalcy, nowe twarze, dziennikarze, krytycy, muzycy, reżyserzy, ludzie sztuki, studenci. Przychodzą w swoich grupach, ale już po jakimś czasie rozmowy toczą się pomiędzy różnymi stolikami. Zawsze mają wspólny temat, wspólne problemy do rozstrzygnięcia.  Mają odmienne opinie, nie zgadzają się, ale nigdy się nie kłócą. Nie wszyscy włączają się aktywnie w rozmowy. Niektórzy siedzą samotnie pisząc coś nie zwracając na nikogo uwagi i nikt im nie przeszkadza. W innym odosobnieniu ktoś szkicuje. Bywa, że ktoś gra na oud[1] i cicho śpiewa. Z drugiego końca wtóruje mu, zawsze obecny czyściciel butów, dogrywając blaszanymi pudełkami od past, jak kastanietami.

W El Fishawy najpiękniejsze są noce. El Fishawy nazywana jest Wielką Dama Kairskich kawiarni (Grande Dame of Cairo’s coffee houses). W Swiecie Arabskim ma jednego konkurenta, w Damaszku, kawiarnię El Nawfara.

Usiedli w dużej grupie na zewnątrz, więc nieco przemeblowano kawiarnię, poprzesuwano stoliki. Są maleńkie, na nich stawia się tace z zamówionymi napojami. Czekając na zrealizownie zamówienia obeszła wnętrze kawiarni. Patrzyła na każdy fragment ściany. Na olbrzymie lustra czasami popękane w rozpadajacych się ramach, na lampy, elementy dekoracyjne w postaci krokodyli, poroży jeleni, ciekawe wycinki gazet mówiące o historii tego miejsca i zdjęcia bywalców. Wszystko stare, zakurzone, zaniedbane, a jednak przyciągające.

Powróciła do swojego miejsca, sok mangowy już czekał, a ona przysłuchiwała się rozmowom. W pewnym momencie zaintrygowała ją postać starej kobiety. Siedziała po turecku na długiej ławie, na samym jej początku. Okrywała ją czarna, obszerna abaja. Głowę miała również owiniętą luźną czarną, jedwabną chustą. Siedziała z zamkniętymi oczami mocno podczernionymi henną, ale nie spała. Paliła papierosa, dużo ich paliła. Od czasu do czasu ktoś z wchodzących podchodził do niej i witał się. Otwierała wówczas oczy i nieraz coś powiedziała. Trudno było określić jej wiek. Twarz pokryta gęsto zmarszczkami jak wyrzeźebiona mogła należeć do kobiety zarówno czterdziestoletniej, jak i osiemdziesięcioletniej. Przyglądała się jej długo, aż kobieta spojrzała na nią. Miała wrażenie, że te oczy widzą wszystko, cała jej duszę, że rozszyfrowały jej osobowość. Czuła się nieco zaniepokojona, speszona. Spytała najbliżej siedzącej osoby przerywając zaciętą dyskusję

– Kto to jest, ta kobieta tam, w czerni?

Chłopak spojrzał we wskazanym kierunku i odpowiedział tonem takim, jakby to było coś całkiem zwykłego – ach, to Hagga, i powrócił do rozmowy. Hagga. Co to znaczy? Usłyszana odpowiedź była tak wypowiedziana, że nie miała odwagi zadawać więcej pytań. Potem chodząc po Kairze kilkakrotnie zetknęła się z tym określeniem i zrozumiała, że często mówi się tak i zwraca do starszych kobiet[2].

Po kilku dniach wyjechała z Kairu, wróciła do pracy i zapomniała o starej kobiecie, ale nie o Kairze. Nie wypiła wody z Nilu – a jak legenda głosi, że po jej wypiciu na pewno się wróci – ale i tak czuła potrzebę powrotu. Podtrzymywała kontakty z tymi, których tam poznała. Po dwóch latach postanowiła z koleżanką zrobić sobie tydzień urlopu w Kairze .

Siedząc w samolocie już planowała co pokaże koleżance i wówczas przypomniała sobie Haggę. Poczuła potrzebę pójścia do El Fishawy i przywitania się z nią. Lądowała o świcie, więc postanowiła wieczorem tam pójść. Zadzowniła do przyjaciół i umówili się na spotkanie. Szła podekscytowana, niespokojna by z wielką ulgą stwierdzić, że Hagga jest, siedzi na swoim miejscu, nic się nie zmieniła. Tym razem podeszła do niej, ujęła jej suchą, o skórze pergaminowej dłoń i przywitała się. Hagga otwarła oczy, chwilę przypatrywała się i powiedziała:

– długo ciebie nie było – i ponownie zamknęła oczy.

Była zaskoczona i szczęślia, że ją rozpoznała. Potem jednak doszła do wniosku, że Hagga  może przecież tak mówić do każdego cudzoziemca, który się z nią wita. Nikt przecież, kto nie był chociaż raz w tej kawiarence nie wie, że z Haggą się wita. Nie zaprzątała sobie tym więcej głowy, zajęła się koleżanką i pokazywała jej wszystkie cuda wcześniej poznane.

Czas szybko minął i trzeba było wracać. Jej dalsze życie uzależnione pracą skupione było na częstych podróżach, ale nie w ten rejon, który polubiła. Podczas tych wyjazdów służbowych zwiedziła spory kawałek świata. Zawsze otwarta, chłonna wszystkiego co nowe, nic ją nie szokowało.  Minęło wiele lat, gdy dostała propozycję podjęcia pracy na wakującym stanowisku w egipskiej filli firmy w której pracowała. Nie zastanawiała się nawet przez chwilę z podjęciem decyzji będąc świadoma, że ten pobyt będzie długoterminowy. Tym razem przygotowania do podróży trwały dłużej, bagaży było więcej, gdyż zabierała z sobą część tego co stanowiło jej stały dom, cząstkę jej życia.

Poleciała. Mieszkanie służbowe było ładne, duże, świetna lokalizacja, do pracy blisko. Zagospodarowanie się, zapoznanie z miejscem i wymogami nowego miejsca pracy zajęło jej nieco czasu, dlatego nie od razu skontaktowała się z przyjaciółmi. Całkowicie urządzona zadzwoniła do nich ujawniając swoją obecność i zaprosiła na kolację.  Przyszli wszyscy. Niektórym przybył siwy włos, innym rodzina się powiększyła, ktoś się rozwiódł, ktoś ożenił. Pozostali jednak takimi, jakimi ich zapamiętała, radośni, pogodni, życzliwi. Rozmawiali do późna, gdy ktoś – tak samo jak przed laty zaproponował – idziemy do Fishawy.

Jechała lekko poddenerwowana obawiając się co zobaczy. Hagga siedziała niezmiennie na swoim miejscu. Przywitała się ze staruszką i usłyszala: wróciłaś. Już ją nie zdziwił ten komentarz, wręcz sprawił przyjemność i ukojenie. Patrzyła na Haggę szczęśliwa, że ta kobieta jest, siedzi.  Hagga i kawiarnia to nierozerwalna całość, jedno bez drugiego nie może istnieć. Ona była symbolem trwania, duszą tego miejsca.

Praca była absorbująca, zajmowała jej większość dnia. Z przyjaciółmi spotykała się, ale nie tak często jakby tego pragnęła. Nie zapominała jednak o Fishawy, chodziła regularnie co miesiąc. Uważała to za swój obowiązek. Tak to sobie przynajmniej tłumaczyła. Hagga była samotna; nie widziła, aby ktokolwiek bliżej był z nią związany, nikt przy niej nie siadał na dłuższą rozmowę, z nikim nie witała się inaczej jak tylko przez podanie ręki. Chciała,  aby Hagga wiedziała, że ona zawsze jest przy niej.  Tradycyjnie witała się z Haggą, ale nigdy z nią dłużej nie rozmawiała i od niej też nic nie usłyszała. Po czasie zrozumiała, że ta kobieta jej nie potrzebuje, wręcz przeciwnie – to ona jej potrzebuje. Siedząc w jej pobliżu czuła, że Hagga spod tych przymkniętych powiek obserwuje ją, daje jej poczucie wewnętrznego spokoju, relaksu, narosłe przez miesiąc problemy znikały, jej organizm odradzał się nową energią. Wychodząc z kawiarni była zawsze naładowana nowym optymizmem, nową siłą gotowa pokonać wszelkie przeszkody.

Po wielu miesiącach mogła pozwolić sobie na urlop. Przed wyjazdem wpadła jeszcze do Fishawy. Musiała zobaczyć się z Haggą i powiedzieć jej – jadę na miesiąc do swojego kraju na urlop, ale wrócę. Hagga tym razem dłużej przytrzymała jej dłonie, wpatrywała się intensywnie w jej oczy, ale nic nie powiedziała, aby w końcu, jak zawsze to czyniła, zamknąć oczy. Odeszła oglądając się mając wrażenie, że Hagga jakby zmalała, skurczyła się w sobie. Nigdy wcześniej tego nie dostrzegła. Była niespokojna, ale musiała spieszyć na lotnisko.

Urlop, jak każdy wolny czas szybko minął i trzeba było wracać. Przez tydzień nadrabiała powstałe zaległości, ale w końcu znalazła czas na pójście do Fishawy.

Miejsce Haggi było zajęte przez młodego mężczyznę zajętego rozmową z kolegą. Niezadowolona, że ktoś śmiał zająć miejsce Haggi, ale i lekko zaniepokojona usiadła nieco dalej przy wolnym stoliku. Podszedł kelner i spytał – dla pani sok mangowy?

– Tak, proszę – odpowiedziała z uśmiechem. Zatrzymała go jednak na chwilę i spytała:

– Kiedy Hagga przyjdzie?

– Hagga? Ona umarła.

– Umarła… Jak to umarła? – spytała.

Kelner zdziwiony pytaniem rzucił od niechcenia:

– Normalnie, stara była.

– Ile miała lat?

– Chyba sto dwa, albo sto trzy. Nikt dokładnie nie wie, ona sama też chyba nie wiedziała.

– Chorowała?

– Nie. Poszła spać i już się nie obudziła.

– Kiedy to się stało?

– No… chyba będzie już z jakiś miesiąc temu…

Wypiła zamówiony sok, siedziała długo wpatrzona w miejsce, które zostało zajęte przez kogoś obcego. W końcu wstała, chwilę rozglądając się lekko zamglonym okiem po kawiarni skierowała się do wyjścia.

 

Kair, 29 grudzień 2015

[1] Oud – arabska lutnia

[2] Hagga – prawidłowo, jest to kobieta, która odbyła pielgrzymkę (Hagg) do Mekki. W mowie potocznej przyjęło się zwracanie w ten sposób do kobiet starszych, zwrot wyrażający szacunek.

Boże Narodzenie

Posted: 21 grudnia, 2015 in Rozne

2316_choinka

 

Grudzień, tradycyjnie już każdego roku jest miesiącem pod znakiem świąt. Planujemy co przygotować, jakie ciasta upiec, szukamy prezentów pod choinkę – zajęcia moc.

Czy wiemy jednak skąd wywodzi się tradycja świąt Bożego Narodzenia i choinki?

W religii chrześcijańskiej jest to święto upamiętniające narodziny Jezusa Chrystusa, stała uroczystość liturgiczna przypadająca na 25 grudnia. W Kościołach, które nadal celebrują liturgię według kalendarza juliańskiego,  jak prawosławie czy koptowie, Boże Narodzenie przypada na 7 stycznia kalendarza gregoriańskiego. Ścisłe określenie czasu powstania liturgicznego święta narodzin Chrystusa (Boże Narodzenie), podobnie jak i powód umieszczenia go w kalendarzu liturgicznym w dniu 25 grudnia, jest kwestią nadal dyskutowaną przez uczonych. Według dostępnych źródeł, święto wprowadzono najpierw w Rzymie w IV lub pod koniec III wieku. Z przekazów Klemensa Aleksandryjskiego[1] wiadomo, że różne daty były podawane za dzień narodzin Chrystusa: 19 kwietnia, 20 maja, 17 listopada. W II wieku n.e. w Egipcie pojawiło się Święto Bożego Narodzenia obchodzone w Pierwszym Peretcie[2] w dniu 6 stycznia, dokładnie jedenastego dnia Tybi[3] – dniu urodzin boga Słońca Ajona – patrona misteriów mitraistycznych czy Ozyrysa, boga śmierci i odrodzonego życia, bardzo stary kult sięgający połowy III wieku p.n.e., nazwany później przez Greków misteriami. Rocznica urodzin Chrystusa została więc w roku 353 wyznaczona przez Kościół na dzień 25 grudnia, czyli na dzień narodzin Mitry, niepokonanego boskiego Słońca.

Płaskorzeźba przedstawiająca Mitrę

.Plaskorzezba przedstawiajaca Mitre

Kult Mitry był bardzo popularny w Rzymie oraz na Bliski Wschodzie. Gdy chrześcijaństwo stało się religią państwową, chrześcijanie, aby osłabić ten pogański kult, przyjęli, że 25 grudnia, do tej pory obchodzony jako dzień urodzin Mitry, będzie dniem narodzin Jezusa.

Jak więc widać, aby wśród pogan mogła zaistnieć nowa religia pogodzono pogańskie tradycje z chrześcijańskimi. Nie znaczy to wcale, że nagle wszyscy stali się głęboko przekonani w nowej wierze. Na Syberii, w okręgu Chanty-Mansijskim żyją chrześcijanie wyznania prawosławnego. Kultywują tradycje chrześcijańskie, ale świętują również swoje tradycje pogańskie. Nie zrezygnowali z nich. Przypuszczam, że tak było przez pierwsze kilka wieków chrześcijaństwa i tak jest do dzisiaj w wielu rejonach świata, jak w Afryce, czy Ameryce Południowej.

Większość symboli Bożego Narodzenia ma swoje źródło w wierzeniach pogańskich. Choinka była od niepamiętnych czasów podczas przeróżnych świąt obwieszana świecidełkami. Ostrokrzew służył Celtom do obłaskawiania chochlików, a jemioła do praktyk okultystycznych. Również wyznawcy Mitry i osoby obchodzące rzymskie Saturnalia obdarowywały się prezentami.

Zastanawia mnie jednak polska nazwa świąt, Boże Narodzenie. Nie narodził się przecież Bóg, a narodził się Chrystus. W żadnym innym języku nie używa się słowa Bóg:

angielski – Merry Christmas, gdzie merry znaczy „weseleć”, a christmas „narodzenie Chrystusa”, arabski – Aid Milad – święto narodzin, francuski – Noël, rosyjski – rożdiestwo, włoski – natale, hiszpański – navidad, łacina – nativitatis.

Pomijając moje wątpliwości w zakresie nazewnictwa, samego faktu narodzin Chrystusa, do dzisiaj nie rozstrzygniętej daty kiedy to miało miejsce, pogańskiego pochodzenia samych świąt i zdobiącej je choinki życzę wszystkim

WESOŁYCH SWIAT

 

 

 

 

[1] Klemens Aleksandryjski – (ur. Prawdopodobnie 150 w Aleksandrii, zm. ok. 212 w Azji Mniejszej) – piszący po grecku teolog, poeta; zaliczany w poczet świąt katolickich oraz prawosławnych.

[2]  Peret – w starożytnym Egipcie druga pora kalendarza egipskiego, w którym rośliny wzrastały. Pora cofania się wód. Odpowiadał naszej zimie.

[3]  Tybi (nazwa egipska – Ta-Aabet, nazwa koptyjska – Tobe) – nazwa miesiąca kalendarza starożytnego Egiptu. Odpowiada dzisiejszemu okresowi od 27 grudnia do 25 stycznia.