Jaka jest dzisiejsza, polska dramaturgia dwudziestego pierwszego wieku? Przez wiele dziesiątek lat od zakończenia w Europie drugiej wojny światowej, po przejściu Polski pod wpływy sowieckie dramatopisarze mieli szerokie możliwości twórcze ambitnie walcząc piórem o wolność dla kraju. Narodziło się wielu wspaniałych autorów, którzy pomimo cenzury zdołali wnieść do literatury wartości podtrzmujące naród w nadzieji na lepsze jutro. Pojawiły się takie nazwiska jak Mrożek, Różewicz, Herbert, Miłosz i wielu innych.
Epoka ta jednak minęła. Zdawać by się mogło, że w kraju wolnym od totalitaryzmu sowieckiego zabraknie ambitnych tematów na wspaniałe, nowe dramaty, bo z czym teraz walczyć w kraju wolnym, w pełni demokratycznym. Ale nowy czas przyniósł nowe problemy, które dostrzegło i podchwyciło młode pokolenie pisarzy. Powstał problem katolicyzmu, który nie przeszkadza, dopóki nie wkracza w życie osobiste jednostki. Mowa tutaj przede wszystkim o instytucji, która bardziej kocha dogmaty niż człowieka.
Dostrzega się negatywne piętno, jakie nauki Kościoła wywierają na prostych naiwnych ludzi. Przewodzi temu prywatna stacja radiowa „Radio Maryja”.
Nowe zjawisko otrzymało nawet swoją nazwę „moherowe berety”. Zabawne jest źródło tego określenia. Przemożny wpływ Kościoła najbardziej przemawia do starszych, naiwnych, głównie kobiet, które najczęściej na głowach nosza berety dziergane ręcznie z wełny moherowej.
Do tego dochodzą jeszcze warunki, w jakich mieszka większość Polaków. Są to osiedla betonowych bloków, pozostałość po gopodarce socjalistycznej. Mieszkania małe, gęsto zaludnione. Osiedle liczy sobie często wiele setek mieszkańców. Zagęszczenie wywołuje konflikty, problemy.
Do tych tematów sięgnęli młodzi, nowi twórcy, pokolenie, które na szczęście nie zdąrzyło już przesiąknąć wpływami socjalizmu. Mają nowe spojrzenie na polską społeczność, dostrzegają negatywne zjawiska i również, jak ich poprzednicy, starają się z tym walczyć piórem.
Do czołówki tego młodego pokolenia należy dramatopisarz Tomasz Kaczmarek, urodzony w roku 1970, doktor nauk humanistycznych. Jego dramaty najlepiej obrazują sytuację polskiego totalitaryzmu katolickiego. Wszystkie oparte są o jego własne doświadczenia, spostrzeżenia i chociaż chwilami zakrawają na nierealność, absurd, są niestety prawdziwie z życia wzięte.
W twórczości Tomasza Kaczmarka rzeczywistość polskiego blokowiska spotyka sie z katolicką obyczajowścią i metafizyką, która manifestuje sie w życiu prostych, naiwnych bohaterów.
W dramacie „Wchodzenie i schodzenie Rysia” Oglądamy parę bohaterów, którzy terroryzują cały blok, broniąc swego ogródka z różami, jakby to była oblężona średniowieczna twierdza: na wrogów leją wrzątek i obrzucają jajami. Prowadzą również całodobowy podsłuch sąsiadów, z uchem przyłożonym do kaloryfera lub za pomocą szklanki przystawionej do ściany.
„Obywatel męczennik” opowiada z kolei historie niejakiego Kazika, palacza z osiedlowej kotłowni, który odkrywa w sobie moc charyzmatycznego uzdrowiciela i religijnego proroka. Mieszkancy bloku lgną do niego po pomoc, a ksiądz chce urządzić w jego mieszkaniu sanktuarium. Kazik nie chce jednak być obiektem kultu i w finale sąsiedzi organizują mu meczeńską śmierć.
Dramat „O pani, co się nie ruszała a dziwnie gadała”inspirowany był „Wizytą starszej paniDürrenmatta”, ale jest również związany z polskim katolicyzmem. Do liberalnego, żyjącego w dobrobycie i spokoju miasteczka przybywa portret znanej gwiazdy i pielgrzymuje od domu do domu niczym świete obrazy Matki Boskiej niegdyś wędrujące po polskich wsiach i miasteczkach. Pielgrzymka wywołuje wśród mieszkanców objawy zbiorowego szaleństwa religijnego. W końcu zaniepokojone rozwojem wypadków elity postanawiają obraz wyrzucić.
Kaczmarek nie chce powiedzieć, jaka cześć rzeczywistości jego sztuk pochodzi z jego osobistego doświadczenia. Ale przyznaje, że podobnie jak wielu rodaków mieszkał w bloku i doskonale zna blokową mentalność.
W bloku rozgrywa sie również akcja „Matki cierpiącej”. Bezpośrednią inspiracją była „Matka Courage” Bertolta Brechta, opowieść o markietance, która ze swoim wozem i dziećmi wlecze sie za wojskami podczas wojny. Ale podczas pracy nad tekstem inspiracja nad Brechtem zatarła się, została tylko postać matki, która rządzi mikroświatem rodziny. Próbuje ochronić bliskich przed wyobrażonymi niebezpieczeństwami i wrogami, ale w efekcie ich uśmierca.
Dla Kaczmarka „Matka cierpiąca” to metafora specyficznej, polsko-katolickiej mentalności. Napewno lęki matki wychodzą z naszych polskich lęków i nas wszystkich dotyczą. Każdy Polak, czy tego chce czy nie, jest zanurzony w pewnym typie katolicyzmu. Takich mateczek, co nie piją i nie palą, chodzą regularnie na msze do Kościoła, a wykańczają metodycznie członków rodziny są miliony. „Matka”jest także według Kaczmarka dowodem na istnienie przemocy i zła.
Kiedy zdegenerowana młodzież ucina głowy staruszkom w celu wyszarpnięcia im z emerytury ostatnich dwudziestu złotych, kiedy połączeni sakramentalnym związkiem „na zawsze” i to w dodatku „przed Bogiem” małżeństwa uśmiercają swe dzieci w beczkach, kiedy to wreszcie przestępcy nawzajem się eliminują, to taka mateczka w fartuszku dobrze skrojonym wypada blado na tle ogólnoświatowej przestępczości. Jest wręcz niewidoczna. Przecież nie bluźni, składa rączki odpowiednio, jak w szkole uczono, często mówi o miłości i poświęceniu, ba, dusza jej jest bliższa od gnijącej rzeczywistości. Jednym słowem święta z blokowiska.
Kaczmarek przy użyciu ciekawej poetyki opisuje to, co w Polsce jest dzisiaj problemem. Doskonale demaskuje pustą polską religijność, dewocje, wszystkie fobie. W sztuce „Matka” jest zawarta bardzo czujna obserwacja mechanizmów, które sprawiają, że takiemu totalitaryzmowi ulegamy.
Z jednej strony matka to przedstawicielka głupoty, pustej wiary, oszałamiającego prymitywizmu. Można ją postrzegać jako rycerza Kościoła. Niemniej ta rubaszna mateczka jest także ciepła i czuła.
Tomasz Kaczmarek w swoich dramatach sygnalizuje istniejący problem wpływu instytucji kościelnych na przeciętnego obywatela, jednakże nie jest to zjawisko wyłącznie charakteryzujące Polskę i chrześcijaństwo-katolicyzm. Spójrzmy na ulicę egipską, a także na Europejki, Polki tutaj mieszkające. Jakże szybko zapomniały one o swych wielowiekowych korzeniach, przechodząc na islam i zakładując chustę. Zmieniły religię jak przysłowiowe „rękawiczki”. Czy mężowie, którzy nakłonili swe żony na zmianę religii znają islam, są w pełni świadomi słów zawartych w Koranie? Obawiam się, że nie, gdyż tylko znikoma część społeczeństwa zna na tyle język arabski, aby móc interpretować tę wielką Księgę. Nikt z nas, zwykłych „zjadaczy chleba”, nie studiował dogłębnie ani Biblii, ani Koranu, aby pozwolić sobie na jakąkolwiek interpretację. Nie posiadając tej wiedzy bardzo łatwo o pomyłkę, co w efekcie prowadzi do zła, jest pryeciwko religii, a nie objawem religijności, wiary w Boga. Nie dotyczy to tylko wyznawców islamu. Podobne zjawisko spotykamy wśród chrześcijan egipskich, którym nie wystarcza fakt, iż wybranka jest tego samego wyznania, należy ją na nowo ochrzcić, na ortodoksyjkę. Koło zamknięte, powrót do średniowiecza. W Polsce „moherowe berety”, tutaj „hagab”…
Egipscy pisarze, wśród nich znany i ceniony poeta Ahmad Abdel Mouaty Hegazy, podobnie jak pan Kaczmarek, walczą piórem z tym zjawiskiem i można mieć tylko nadzieję, że ten nieuzasadniony fanatyzm kiedyś ustąpi miejsca prawdziwej wierze w Boga.
(THE CREATIVE FORUM FOR INDEPENDENT THEATRE GROUO, Aleksandria, Egipt, 2008)















