Archive for the ‘Kultura i Sztuka’ Category

Rodzinny klan

Posted: 8 czerwca, 2014 in Kultura i Sztuka

STRADIVARIUS - kadr z filmu

W większości rodzin rodzice marzą, aby ich dzieci wybrały ten sam zawód co oni. I często tak bywa, gdyż nasze pociechy wychowane w określonym środowisku zaczynają do niego lgnąć i nie widzą dla siebie innego miejsca jak w możliwości kontynuowania tradycji rodzinnej. Dotyczy to każdego środowiska, każdego zawodu.

Anthony Quinn (1915 – 2001), wszystkim znany aktor amerykański z meksykańskim rodowodem miał tych dzieci dużo, bo chyba dziesięć. Niektóre z nich poszły w ślady ojca tworząc rodzinny klan Quinn’ów. Trójka z jego synów zagrała w roku 1989 u boku ojca w filmie produkcji francusko-włoskiej Stradivarius.

Anthony Quinn 2 Anthony Quinn 1

W roli młodego lutnika obsadzono, wówczas dwudziestotrzyletniego Lorenzo Quinn’a (1966), który wykazał się dużym talentem aktorskim, jednak nie związał się na stałe z filmem. Zagrał w pięciu, ale jego pasją była rzeźba. Jego prace cieszą oko w parkach i na placach wielu krajów Europy i Ameryki.

 Lorenzo Quinn 2 Lorenzo Quinn 1

Francesco Quinn (1963 – 2011), aktor z wyboru, zagrał jednego z synów lutnika, który poświęcił się kapłaństwu. Chyba najbardziej podobny do słynnego ojca, odnoszący sukcesy w swoim zawodzie w filmie i serialach telewizyjnych (Quo Vadis,JAG…) , jednak karierę przerwał nagły atak serca.

Francesco Quinn 2 Francesco Quinn 1

Drugiego syna, z licznego potomstwa Antonio Stradivariusa zagrał Danny Quinn (1964) parający się aktorstwem zawodowo, jest ponadto reżyserem filmowym i scenarzystą.

Danny Quinn 4 Danny Quinn 1

Stradivarius, opowieść o słynnym lutniku, to jeden z lepszych filmów biograficznych, a Anthony Quinn jeszcze raz pokazał nam swój kunszt aktorski. Na uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa filmu. Kto lubi słuchać dźwięków skrzypiec i innych instrumentów strunowych dozna wspaniałych przeżyć. Muzyka w doskonałym wykonaniu przewija się przez cały film; partie skrzypcowe wykonuje włoski wirtuoz skrzypiec, Salvatore Acardo.

Koncert w domu lutnika

[Wszystkie zdjęcia są wykadrowane z filmu STRADIVARUS – kolekcja prywatna]

 

Ken Wilber

 

…celem pracy nad sobą (…) nie jest pozbycie się fal w oceanie życia,

lecz nauka unoszenia się na nich.

(Ken Wilber – „Śmiertelni nieśmiertelni”)

 

Ken Wilber urodzony w 1949 roku jest współczesnym, amerykańskim filozofem, socjologiem, psychologiem, teoretykiem systemów i pisarzem. Jest twórcą integralnej teorii świadomości, zajmuje się również kulturą, duchowością i mistycyzmem. Uważany jest za twórcę psychologii transpersonalnej.

Wilber żyje zarówno życiem mistyka, jak i uczonego. Nie uważa się za guru, chociaż wielokrotnie tak jest nazywany; sam określa siebie jako panditę – udzielającego duchowych nauk.

Pisarstwem para się od wczesnej młodości, wydał wiele książek. Jedną chyba z najpopularniejszych, najbardziej poczytnych i poruszjących książek Wilbera jest Śmiertelni nieśmiertelni obejmująca pięć lat życia autora i jego żony, życia w „miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu”. Pięć lat, które w całości poświęcił opiece fizycznej i duchowej żonie śmiertelnie chorej na raka.

Pierwszy raz czytałam tę książkę w czasie, kiedy przeżywałam tragedię choroby nowotworej bliskiej mi osoby. Sama, przytłoczona okrutną rzeczywistością, nie do końca byłam w stanie zagłębić się w nią. Czytałam wybiórczo, skupiając się głównie na samej walce z chorobą, pomijając jej psychologiczno filozoficzne aspekty. Autor napisał ją w sposób na to pozwalający, co sam w przedmowie podkreśla. Po kilku latach, pogodzona z nieodwracalnymi faktami jakie miały miejsce w moim życiu, sięgnęłam po nią powtórnie.

Od przeżyć opisanych przez autora dzieliło mnie ćwierć wieku, czas jaki – w moim mniemaniu – winien w medycynie zaznaczyć się dużym postępem w walce z rakiem. Ale tak wcale nie jest. Opisywane sposoby leczenia, medycyna konwencjonalna, niekonwencjonalna, do dzisiaj nie wiele uległo zmianie. Nowe leki, bardziej doskonała i precyzyjna radioterapia, nadal dyskusyjna skuteczność i celowość chemioterapii; a rak nieubłaganie zbiera swoje bogate żniwo.

Książka, prócz suchych faktów opisu przebiegu choroby i jej leczenia, zawiera głębokie przemyślenia folozoficzne napisane językiem przystępnym, zrozumiałym nawet dla laika. W tę piękną opowieść Wilber potrafił wpleść objaśnienia i komentarze do wielkich tradycji duchowych, od chrześcijaństwa począwszy, a na buddyzmie skończywszy. Prowadzi rozważania o istocie medytacji, o związkach psychoterapii i duchowości oraz o naturze zdrowia i umiejętności uzdrawiania. Autor przeprowadza czytelnika przez wszystkie skomplikowane procesy zachodzące w człowieku w miarę upływu czasu i postępów choroby. Jest to stiudium pokory wobec natury i czasu, próba ,,oswojenia” się ze śmiercią zarówno przez osobę dotkniętą chorobą, jak i jej nabliższych. Uczy nas godzenia się z przeciwnościami.

W obliczu cierpienia człowiek poszukuje ukojenia, nadziei, ale potrzebuje również silnego, bezgranicznego wsparcia drugiej, bliskiej mu osoby. I jest ono nie mniej ważne w walce z chorobą, wspomaga działania lekarzy. Pamiętam, jak po jednym z kryzysów dziękowałyśmy lekarzowi, powiedział nam wówczas: „Myśmy zrobili tylko to co mogliśmy, połowę, druga połowa to wasze starania, wasza obecność i wsparcie „.

Potwierdzenie tego znalazłam w książce Wilbera…

 

okladka ksiazki

 

Skalane dzieci

Posted: 19 Maj, 2014 in Kultura i Sztuka

Kadr z filmu "Siostry Magdalenki"

Ostatnio modnym tematem mediów są problemy, ujmując to delikatnie –moralnych  wykroczeń duchownych i zakonnic. Problem nie nowy, ale aktualnie nagłaśniany. Wszyscy są przerażeni, oburzeni, zbulwersowani. Kinematografia również nie pozostaje w tyle.

Obejrzałam niedawno film pt. Siostry Magdalenki. Film nie nowy, bo z roku 2002, wyprodukowany przez Irlandię w kooperacji z Wielką Brytanią. Mówi o katolickim zakonie żeńskim, który był „azylem” dla kobiet. Przed 150-ciu laty w chwili ich otwarcia celem podstawowym była pomoc w rehabilitacji kobiet parających się prostytucją. Zatrudniano je do ciężkiej pracy w pralniach. Z czasem swoją działanością objęto kryminalistki. W nowszych czasach pod „opiekę” sióstr rodzice oddawali swoje „zepsute” córki. Dziewczęta, które urodziły nieślubne dziecko, które były zgwałcone czy poprostu uśmiechały się do chłopca, a czego nie akceptowali. Nie był to wyrok sądowy określający czas pobytu, było to dożywocie bez możliwości odwołania się do kogokolwiek. Pozbawiano je godności, głodzono, bito, wykorzystywano seksualnie… Horror, jak mogło dojść do tego w Europie dwudziestego wieku. Zaglądamy na cudze podwórka, potępiamy Trzeci Świat, oburzamy się, protestujemy, a tu nagle okazuje się, że w niczym nie jesteśmy lepsi. Dzisiaj wszyscy kajają się, przepraszają, ale to nie rozwiązuje problemu, nie uzdrowi psychiki tych kobiet, dzieci, które przez ten koszmar przeszły; to będzie w nich pokutowało przez całe życie.

Jak wyraziłam na wstępie – temat stary, tak było zawsze, tylko się o tym nie mówiło, udawało, panowała mafijna omerta.

Mnie jednak interesuje inny aspekt tej sprawy – gdzie są rodzice tych dziewcząt i dzieci krzywdzonych w podobny sposób, gdzie są ich matki, które rzekomo w obronie swej pociechy gotowe są walczyć jak lwice? Kobieta, przez dziewięć miesięcy nosi to maleństwo pod sercem, cieszy sie na jego przyjście, potem karmi i troszczy się o nie. Chore pielęgnuje, nie przesypia noce czuwając. I wszystko jest dobrze dopóki dziecko rozwija się zgodnie z utartymi przez społeczeństwo kanonami. Dorasta i nagle kobieta odkrywa, że jej dziecko ma zaburzenia hormonalne i jest homoseksulaistą czy lesbijką; wpadło w niewłaściwe otoczenie i jest narkomanem czy alkoholikiem. Podejrzewała wcześniej, ale nie chciała przyjąc tego do wiadomości, nie jej dziecko. Nie zastanawia się nad przyczynami, nie stara się zrozumieć i wesprzeć, wręcz odsuwa je, nie jest już jej. Nie będzie już siedziała nocami i czuwała, bo tych nocy musiałaby poświęcić dużo więcej niż przy grypie, czy innej dziecięcej chorobie. To dziecko jest już skalane, nieczyste. Zgwałcona córka – czarna owca w rodzinie, trzeba ją ukarać, ukryć przed otoczeniem, bo jaki to wstyd. A jeżeli urodzi dziecko? Zgroza, co ludzie powiedzą. Oddaje się dziecko do adopcji wbrew woli tej młodej matki, a ją samą wyklina z rodziny.

To właśnie tacy rodzice, te matki oddawały swoje dzieci do „azylu” Sióstr Magdalenek czy podobnych ośrodków skazując je na dożywocie, bez możliwości powrotu do życia w społeczeństwie. O ucieczce nie było mowy, bo gdzie pójdą, do kogo? Bez zawodu, bez środków do przetrwania… Rodzina ich nie przyjmie, już do niej nie należą.

Winnych ukarano, ale czy wszystkich? Czy pociągnięto rodziców do odpowiedzialności za krzywdę wyrządzoną własnemu dziecku?

„Azyl” Sióstr Magdalenek zakończył swoją działalność w roku 1996, ale o ilu takich miejscach jeszcze nie wiemy?

Plakat filmu "Siostry Magdalenki"