takie tam…
Klepsydra
Pisanie pozwala odegnać lęk. Na krótką chwilę odsuwa go na bok przed upływającym czasem. Absolutnie wszystkiego, co przepływa nam przez głowę. Byle z pominięciem bzdur. Zapewne właśnie w takich chwilach się pisze – gdy nie ma z kim porozmawiać. Albo raczej wtedy, kiedy to, co ma się do powiedzenia, nie mieści się lub nie może zostać zrozumiane w zwyczajnej rozmowie. Gdy potrzeba czegoś więcej. Potrzeba czasu.
Stojąca przed nami klepsydra nieubłaganie nam o nim przypomina. Dwie szklane bańki połączone rurką przesypujące piasek. Czasomierz znany już od prawie czterech tysiącleci.
Z chwilą naszych narodzin pojawia się taka klepsydra z górną bańką po brzegi wypełnioną piaskiem, który z każdym naszym kolejnym oddechem przesypuje piasek do dolnej bańki. Początkowo, na dole tylko znikomy jego ślad, lekkie zakurzenie dna. To przesypuje się nasz czas. Nie zwracamy na to specjalnej uwagi, przecież ta górna bańka jest tak olbrzymia. Tak dużo mamy czasu.
Czas, to pojęcie nad którym, od pokoleń, debatują wielkie głowy tego świata. Jest on chwilą, punktem na osi czasu, odcinkiem, trwaniem, czwartą współrzędną w czasoprzestrzeni w teorii względności.
Różnie go interpretowano. Arystoteles w swoim dziele Fizyka pisał: „Czas jest czymś nieuporządkowanym, gdyż powoduje on utratę pamięci, zapominanie. W tym sensie czas jest bardziej przyczyną ginięcia, niż powstawania”. Według Augustyna (XI księga Confessiones) czas „jest on bezcenny, nierozłączny ze zmianą (ruchem), stanowi pewien wymiar świata materialnego i wiąże się z przemijalnością. Teraźniejszość (to, co istnieje materialnie) jest dla niego czasem zauważanym (choć nieuchwytnym), przeszłość (to, co istniało) – pamiętanym, a przyszłość (to, co będzie istniało)”. Dla Newtona istnieje tylko „jeden, uniwersalny i wszechobejmujący czas – płynie on w jednostajnym tempie i nic nie wywiera na niego wpływu. Jest więc absolutny i obiektywnie jednakowy w całym wszechświecie”. Ogólna teoria względności Einsteina uwzględnia „związek czasu z polem grawitacyjnym. Czas nie płynie już odrębnie, lecz jest związany jako czwarty wymiar w pojęciu czasoprzestrzeni. Zgodnie z podstawowym założeniem ogólnej teorii względności, grawitacja powoduje zakrzywienie czasoprzestrzeni. Zegary umieszczone w silniejszym polu grawitacyjnym chodzą wolniej, dlatego zegar leżący na powierzchni Ziemi chodzi wolniej, niż zegar umieszczony np. na szczycie wieży”.
Trwające, pojawiające się w każdej epoce rozważania, dyskusje, spory na temat pojęcia czasu nie mają jednak wpływu na czas jaki my odbieramy, na nasz czas codzienny, w którym żyjemy.
Przez szyjkę klepsydry piasek przepływa jak woda w strumieniu. Płynie. Płynie przez cały czas. Ale czasami poziom wody jest wysoki, i wtedy płynie szybciej. Czasem jest niski, i wtedy płynie wolniej.
Rośniemy, dojrzewamy. Nasze życie pełne jest nowych doznań, uczymy się, poznajemy. Nie odczuwamy upływającego czasu, mamy go jeszcze tak dużo. Osiągamy pewną stabiloność, pewien spokój jutra. Wszystko się ulożyło. Spogladamy na klepsydrę i nagłe zaskoczenie, połowa już sie przesypała. Nie patrzymy na klepsydrę, aby pewnego dnia, w chwili spokoju i zadowolenia odkryć, że obie szklane bańki mają po równej ilości piasku. Obok druga klepsydra, a w niej podobnie. Tak równomiernie osypuja sie, a jednak zaskoczeni zastanawiamy się kiedy to się stało. Czyżby znaczyło to, że połowa życia właśnie mija? Przecież, tak naprawdę, dopiero się dla nas zaczęło, przed nami jeszcze tyle do zrobienia. Wiemy co chcemy, jesteśmy w sile, rozpiera nas energia. Odwrócić klepsydrę? Oszukać czas? Nie, to nic nie zmieni, jesteśmy w połowie. Czujemy się nieco zagubieni. Chwila refleksji, zadumy, ale nadal z pozytywną wizją jutra idziemy dalej. Wciągamy się w wir życia i znowu zapominamy o naszej klepsydrze.
Nasza dojrzałość sprawia nam przyjemność. Mamy tyle jeszcze planów, tyle spraw nie załatwionych. Tlumaczymy się sami przed sobą, ze do teraz była to część życia nie w pełni dojrzałego, ale teraz wiemy jak ten czas wykorzystać, tylko że zaczyna nam go nieco brakować
Zaczynasz bardziej obserwować i dostrzegasz, że w drugiej klepsydrze piasek przesypuje się szybciej, jest go coraz mniej, aż pewnego dnia całość osiadła w dolnej części. Nie rozumiesz tego. Przecież nasze klepsydry opróżniały się w równym tempie i zadajesz sobie stale jedno pytanie – dlaczego.
Przez dlugi czas nie zwracasz uwagi na swoja klepsydrę, a gdy na nią w końcu spoglądasz dostrzegasz, jak mało pozostało. Jak długo potrwa, aż ostatnie ziarnko piasku spadnie w dół.
Zaczynasz uzmysławiać sobie, że twój czas, który jako dziecko uważałeś za nieskończony, zbliża się do mety.
Widok z okna
Weszłam do mieszkania i uderzył mnie zapach jego pustki. Mieszkanie zamknięte od roku, powietrze zatęchłe. Otwarłam wychodzące na wschód okna i wionął na mnie przyjemny, ciepły, wczesno jesienny wiaterek. Widok na ulicę z dziesiątego piętra, w dole tramwaj, dalej osiedle bloków, za nimi zieleń, a na horyzoncie jezioro. Coś jednak zakłócało czystość obrazu. Trzy, wysokie na pięćdziesiąt metrów żurawie, dźwigi budowlane.
Przed laty widok przesłaniał zakład produkcyjny. Typowy twór komunistycznego budownictwa. Wysoki, szary budynek z przestronnymi halami produkcyjnymi, a na wszystkich piętrach, za oknami, widoczne dziesiątki kobiet zgarbionych nad maszynami do szycia. Okna oczywiście nie myte, widok przytłaczający szczególnie w szarówce jesiennej.
Pewnego dnia postanowiono zakład odświeżyć. Umyto okna, a elewację zewnętrzną pomalowano na jaskrawo bordowy i żółty kolor. Nie można już było mówić o przygnębiającej szarzyźnie, ale patrzeć się na to nie dało bez okularów przeciwsłonecznych. Chodząc ulicą, nie podnosząc w górę głowy można było obok tego przejść, jednak mieszkańcy z bloków vis a vis musieli to znosić codziennie. Każdego ranka budząc się mieli przed oczami tę żółtą płaszczyznę i kobiety zgarbione nad maszynami.
Minęło kilka lat i znowu coś zaczęło się zmieniać. Zakład otoczono płotem z szarej blachy falistej, zniknęły zza okien kobiety. Budynek stał i niszczał, aby po długim okresie zastoju rozebrać go, zburzyć. Pozostał po nim płot falisty, a za nim olbrzymi dół zalany brudną wodą po opadach deszczu lub po topniejącym śniegu, z narastającą ilością śmieci. Mieszkańcy bloków nie patrzyli jednak w dół, mieli przed sobą piękny widok bloków w dalszym planie, zieleni, dalekich portowych urządzeń i jeziora zmieniającego swą barwę zależnie od pory dnia czy roku.
Na szarym ogrodzeniu zaczęły pojawiać się plakaty, afisze, reklamy. Starsze z czasem obdarte, popisane, porysowane, na nie naklejane nowe. Ogrodzenie przeszło swój okres graffiti, bardziej lub mnie udanych. Wielobarwna mozaika szpeciła ulicę. W niektórych miejscach blacha oderwała sie od słupka łopocząc na wietrze.
Przez wiele miesięcy nic się nie działo, ale w końcu pojawiły się dźwigi, ale ja już wyjechałam. Gdy powróciłam po długim czasie znowu ujrzalam wpierw płot z falistej blachy. Poszarzał, nie miał już metalicznego błysku, narosła ilość plakatów. Widok przygnębiający.
Słońce już zachodziło, ale z okien mieszkania widać było trzy dostojne dźwigi oświetlone ostatnimi promieniami słońca. Ich ramiona ustawione równolegle do bloku, w dole betonowy fundament nowo powstającego budynku i cisza, żadnego ruchu, człowieka, nikt nie pracuje. Zajęta rozpakowaniem bagażu nie myślałam więcej o widoku za oknem.
Wstałam wypoczęta, słońce już świeciło. Podeszłam do okna, dźwigi stały, ale już nie czerwone tylko szare, a jedno ramię skierowane w stronę mojego okna. Nadal nie widzę nikogo pracującego, kabiny operatorów na samej gorze tej konstrukcji, żadnego ruchu. Cóż, widocznie zadziałało zmęczenie długą podróżą. W ciągu dnia kolor dźwigów się zmieniał co było spowodowane ustawieniem promieni słońca.
Następnego dnia znowu to samo, inny kolor, inne ustawienie kąta ramion, a ludzi nadal nie widzę, bezruch. Wziełam lornetkę, w kabinach pusto. I tak było każdego ranka przez cały mój dwumiesięczny pobyt. Chciałam zobaczyć dźwigi w ruchu, dojrzeć jak operatorzy wchodzą do swoich kabin. Nie udało mi się. Wyjechalam nie rozwiązawszy zagadki, kiedy i przez kogo przesuwane są ramiona dźwigów.
Bezsenność
Bezsenność (asomia, agrypnia, łac. insomnia, ang. insomnia) – według źródreł encyklopedycznych „jest zakłóceniem stanu zdrowia, w którym niewystarczająca jest długość snu lub niezadowalająca jakość snu. Bezsenność może polegać na trudnościach w zasypianiu, wczesnym przebudzaniu się, wybudzaniu się w trakcie snu lub na złej jakości snu, czego następstwami są brak poczucia wypoczęcia, gorsze samopoczucie lub zaburzenia funkcjonowania w ciągu dnia. Bezsenność może być rozumiana bądź jako objaw, bądź jako odrębna jednostka chorobowa.”[1] Potem następuje szereg opisów przyczyn bezsenności, fachowych porad… Przeszłam przez wszytkie i bez efektów.
Czujesz potrzebę snu i… nie zasypiasz. Leżysz godzinami, myśli skaczą z tematyu na temat, ale sen nie nadchodzi. Oczywiście przeszły baranki, setki ich i dalej nic. Zmieniłam je na kotki i kolejne fiasko. Nie mam kłopotów, które moglyby dręczyć nocami,
W przeciągu dnia staram się znaleźć intensywne zajęcia. Nie robię sobie drzemek, rezerwując czas na noc. Prócz porad medycznych wysłuchuję porad przyjaciół – szklanka ciepłego mleka, kapiel, herbatki ziołowe, miód i… nic.
Niechętnie sięgam po środki farmakologiczne, ktore raz działają, a raz nie.
Jako młoda dziewczyna sypiałam mało. Ojciec mnie ostrzegał, że kiedyś te zaległości dadzą o sobie znać wieloma godzinami snu, ale i to się nie sprawdziło. Zdarzy się, że prześpię osiem godzin i wówczas jestem szczęliwa.
Ta bezsenność jest bardzo męczęca, ma bardzo ujemny wpływ na energię dnia następnego. Jak sobie z tym poradzić.
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezsenno%C5%9B%C4%87#Nast.C4.99pstwa_bezsenno.C5.9Bci_i_wsp.C3.B3.C5.82chorobowo.C5.9B.C4.87
Boże Narodzenie
Grudzień, tradycyjnie już każdego roku jest miesiącem pod znakiem świąt. Planujemy co przygotować, jakie ciasta upiec, szukamy prezentów pod choinkę – zajęcia moc.
Czy wiemy jednak skąd wywodzi się tradycja świąt Bożego Narodzenia i choinki?
W religii chrześcijańskiej jest to święto upamiętniające narodziny Jezusa Chrystusa, stała uroczystość liturgiczna przypadająca na 25 grudnia. W Kościołach, które nadal celebrują liturgię według kalendarza juliańskiego, jak prawosławie czy koptowie, Boże Narodzenie przypada na 7 stycznia kalendarza gregoriańskiego. Ścisłe określenie czasu powstania liturgicznego święta narodzin Chrystusa (Boże Narodzenie), podobnie jak i powód umieszczenia go w kalendarzu liturgicznym w dniu 25 grudnia, jest kwestią nadal dyskutowaną przez uczonych. Według dostępnych źródeł, święto wprowadzono najpierw w Rzymie w IV lub pod koniec III wieku. Z przekazów Klemensa Aleksandryjskiego[1] wiadomo, że różne daty były podawane za dzień narodzin Chrystusa: 19 kwietnia, 20 maja, 17 listopada. W II wieku n.e. w Egipcie pojawiło się Święto Bożego Narodzenia obchodzone w Pierwszym Peretcie[2] w dniu 6 stycznia, dokładnie jedenastego dnia Tybi[3] – dniu urodzin boga Słońca Ajona – patrona misteriów mitraistycznych czy Ozyrysa, boga śmierci i odrodzonego życia, bardzo stary kult sięgający połowy III wieku p.n.e., nazwany później przez Greków misteriami. Rocznica urodzin Chrystusa została więc w roku 353 wyznaczona przez Kościół na dzień 25 grudnia, czyli na dzień narodzin Mitry, niepokonanego boskiego Słońca.
Płaskorzeźba przedstawiająca Mitrę
Kult Mitry był bardzo popularny w Rzymie oraz na Bliski Wschodzie. Gdy chrześcijaństwo stało się religią państwową, chrześcijanie, aby osłabić ten pogański kult, przyjęli, że 25 grudnia, do tej pory obchodzony jako dzień urodzin Mitry, będzie dniem narodzin Jezusa.
Jak więc widać, aby wśród pogan mogła zaistnieć nowa religia pogodzono pogańskie tradycje z chrześcijańskimi. Nie znaczy to wcale, że nagle wszyscy stali się głęboko przekonani w nowej wierze. Na Syberii, w okręgu Chanty-Mansijskim żyją chrześcijanie wyznania prawosławnego. Kultywują tradycje chrześcijańskie, ale świętują również swoje tradycje pogańskie. Nie zrezygnowali z nich. Przypuszczam, że tak było przez pierwsze kilka wieków chrześcijaństwa i tak jest do dzisiaj w wielu rejonach świata, jak w Afryce, czy Ameryce Południowej.
Większość symboli Bożego Narodzenia ma swoje źródło w wierzeniach pogańskich. Choinka była od niepamiętnych czasów podczas przeróżnych świąt obwieszana świecidełkami. Ostrokrzew służył Celtom do obłaskawiania chochlików, a jemioła do praktyk okultystycznych. Również wyznawcy Mitry i osoby obchodzące rzymskie Saturnalia obdarowywały się prezentami.
Zastanawia mnie jednak polska nazwa świąt, Boże Narodzenie. Nie narodził się przecież Bóg, a narodził się Chrystus. W żadnym innym języku nie używa się słowa Bóg:
angielski – Merry Christmas, gdzie merry znaczy „weseleć”, a christmas „narodzenie Chrystusa”, arabski – Aid Milad – święto narodzin, francuski – Noël, rosyjski – rożdiestwo, włoski – natale, hiszpański – navidad, łacina – nativitatis.
Pomijając moje wątpliwości w zakresie nazewnictwa, samego faktu narodzin Chrystusa, do dzisiaj nie rozstrzygniętej daty kiedy to miało miejsce, pogańskiego pochodzenia samych świąt i zdobiącej je choinki życzę wszystkim
WESOŁYCH SWIAT
[1] Klemens Aleksandryjski – (ur. Prawdopodobnie 150 w Aleksandrii, zm. ok. 212 w Azji Mniejszej) – piszący po grecku teolog, poeta; zaliczany w poczet świąt katolickich oraz prawosławnych.
[2] Peret – w starożytnym Egipcie druga pora kalendarza egipskiego, w którym rośliny wzrastały. Pora cofania się wód. Odpowiadał naszej zimie.
[3] Tybi (nazwa egipska – Ta-Aabet, nazwa koptyjska – Tobe) – nazwa miesiąca kalendarza starożytnego Egiptu. Odpowiada dzisiejszemu okresowi od 27 grudnia do 25 stycznia.
Pomylona tożsamość
„Pomylona tożsamość” to tytuł książki opracowanej przez Tabb Mark we współpracy z dwoma rodzinami amerykańskimi. Całość oparta na autentycznych wydarzeniach.
W roku 2006 miał miejsce tragiczny wypadek w którym w jednej z rodzin, zginęła osiemnastoletnia córka. W innej rodzinie córka została ciężko ranna. Obie rodziny przeżywały tragedię. Jedna opłakiwała zgon, druga przesiadywała u boku rannej będącej w śpiączce. Cała sytuacja, przeżycia, wspomnienia przepojone są silną wiarą w Boga. Mnóstwo modlitw. Obie rodziny pogodzone z losem uznały, że taka była wola Najwyższego.
Nie zamierzam zastanawiać się nad ślepą wiarą tych ludzi, aczkolwiek uważam iż miała ona wpływ na dalszy rozwój wypadków. Szokiem była dla mnie ich naiwność, niewiedza, prymitywizm… Nie znajduję właściwych słów, wykracza to poza mój sposób rozumowania.
Po pięciu tygodniach od wypadku okazuje się, że pomylono tożsamości dziewcząt. Obie jasne blondynki i o prawie tym samym kolorze oczu. Na zdjęciach umieszczonych w internecie możnaby na siłę doszukać się podobieństwa. Jak mogło dojść do takiej karygodnej pomyłki.
Matka, „niby” zmarłej córki, dowiaduje się telefonicznie o tragedii jako pierwsza w rodzinie. Wraz z drugą córką udają się do szpitala, gdzie przebywają inni ranni z tego samego wypadku. Zadaje tylko jedno pytanie: czy czegoś od niej potrzebują. Dyżurna pielęgnierka informuje, że koroner nie potrzebuje już nic, gdyż ciało zostało zidentyfikowane w oparciu o znalezione przy niej prawo jazdy. Jeżeli jednak matka wyraża chęć, to może zaprowadzić ją do kostnicy. Matka nie wyraża takiej chęci, uznając że chce mieć na zawsze obraz córki żywej, uśmiechniętej. Ojciec rodziny, pastor, nie obecny w tym czasie aprobuje decyzję żony. Podobną opinie wyraża siostra zmarłej i jej narzeczony. Koroner zorganizował transport ciała do miejsca zamieszkania rodziny. Odbył się pogrzeb, opłakano córkę. Zdziwiła mnie nieco reakcja tej rodziny pierwszego dnia. Skupuli się na rejestrowaniu nazwisk osób, które dzwoniły z kondolencjami, na robieniu listy kogo należy powiadomić o tragedii, dziękowali Bogu za tyle dowodów pamięci i deklarowanych modlitw.
Druga rodzina pełni dyżury w szpitalu przy rannej. Dziewczyna ma posiniaczoną twarz, opuchniętą – brak okaleczeń, gips na ręce i nodze, kołnierz ortopedyczny i mnóstwo podłączonych rurek. W jednym momencie coś sygnalizowało o pomyłce. Przekazana rodzinie odzież zdjęta z rannej budziła wątpliwości. Uznano jednak, że pożyczyła od koleżanki, co miała w zwyczaju robić. Zaskoczeniem był również ślad po kolczyku przy pępku, co wytłumaczono sobie, że zrobiła to w tajemnicy.
Matka siedzi przy córce przez pięć tygodni, wznosi modły do Boga, wyśpiewuje psalmy, czyta Biblię i nic jej nie sugeruje, że to nie jej córka. Wątpliwości mają jedynie przyjaciele. Rodzeństwo zakłada stronę internetową informującą o przebiegu leczenia i proszą wszystkich o modlitwę.
Obie rodziny wykształcone, ukończyły wyższe studia.To wszystko brzmi absurdalnie, ale to się wydarzyło.
Po czterech tygodniach zaczynają pojawiać się wątpliwości. Dziewczyna wyszła ze śpiączki, twarz normalna, oczy zamknięte, ale nadal nie miała kontaktu z otoczeniem, co jest normalne przy treumatycznym urazie mózgu. Zaczęła wypowiadać pojedyńcze słowa. Były nielogiczne, nie pasowały do rodziny która się nią opiekowała. Wymawiała obce imiona, przywoływała swojego ojca, obecnego przy niej odrzucała. Terapeutka tłumaczyła, że w jej sytuacji to jest rzeczą normalną. Pierwsze wątpliwości zaczęła mieć jej „siostra”, potem dołączył „ojciec”. Zrobiono identyfikację stomatologiczną, która ujawniła pomyłkę tożsamości.
Reakcja obu rodzin jest również zastanawiająca. Przeżywają nowy ból, nowe radości. Nie winią za to nikogo, sami się o nic nie obwiniają. Wszystko stało się zgodnie z wolą Boga, który tą drogą ich doświadczał, poddawał ich wiarę próbie.
…
Dotychczas nie słyszałam, żeby matka nie chciała po raz ostatni spojrzeć na swoje dziecko, być pewną, że odeszło. W czasie wojny zginęło wiele córek i synów. Matki jednak nie przestawały czekać, nigdy z faktem śmierci nie pogodziły się. Szukały, chodziły od miejsca do miejsca, gdzie dokonywano ekshumacji tymczasowych miejsc pochówku. Musiały sprawdzić, czy może jej dziecko tam jest. Przeżycia z tym związane były ciężkie, a jednak się nie poddawały. Jak to jest możliwe, aby w XXI wieku rodzic przyjął telefoniczną informację o śmierci dziecka i nie chciał znaleźć potwierdzenia tego? Jak koroner może zidentyfikować zmarłą osobę tylko w oparciu o rzeczy, które na miejscu wypadku leżały w pobliżu danej osoby.
A druga strona? Czy możliwym jest, aby matka nie rozpoznala swojego dziecka, którym opiekuje się przez osiemnaście lat. Matka jako jedyna ma zdolność rozróżniana swoich dzieci bliźniaków. Nie pomyli się. Jak można pomylić własną córkę z obcą osobą, nawet jeżeli istnieje między nimi podobieństwo? Od chwili narodzin naszej pociechy oglądamy każdy kawałek jego ciała, znamy każdy grymas twarzy, reakcje, przyzwyczajenia.
Winę za to ponoszą wszyscy, od policji zaczynając, przez personel medyczny, terapeutów na obu rodzinach kończąc. Nikt jednak nie wniósł żadnej skargi, nie było żadnego pozwu. Obie rodziny zaprzyjaźniły się i nawet wystąpiły w „The Oprah Winfrey show”.
To są Amerykanie XXI wieku, nowego tysiąclecia obfitującego w ekskluzywne szkoły, najnowsze technologie, wszystko co najlepsze… Tym karmią cały świat, a własne społeczeństwo trzymają w głębokiej niewiedzy, śmiem powiedzieć – w religijnym zaślepieniu, prymitywiźmie. Czym to się różni od pogardzanego Trzeciego Swiata?…
Anielsko nienaganna tyrania
Poniżej pozwalam sobie zacytować maleńki fragment z książki Davida Herberta Lawrence. Jest to spostrzeżenie dokonane przez mężczyznę. Ja pozostawiam je bez komentarza.
„Był pozbawiony tego czystego, niezmaterializowanego chłodu, z którym niepostrzeżenie, cal po calu, podpełza coraz bliżej upatrzonego celu i powoli, pierścieniami swej ukrytej woli oplata ofiarę. Takie to subtelne, nienawistne, a jednocześnie jakoś dziwnie nieskazitelne. Wszystko co robił wydawało się czyste, jasne i nienaganne. To było takie okropne. Ta jego nienagannie szlachetna wola, która w końcu ujarzmi ją i unicestwi. Tak, po pewnym czasie stanie się bezdusznym automatem, całkowicie zależnym od jego woli, myślącym tak jak on jej podyktuje i kierującym się tylko takimi uczuciami, jakie on pozwoli jej ujawnić. A przez cały ten czas zachowa pozory wyzutego z egoizmu, wyrozumiałego, skromnego mężczyznę o nienagannych manierach. Pozostawi jej na pozór całkowitą swobodę. Z jego ust nie padnie żaden rozkaz, nigdy nie powie: Musisz! Nie wolno ci! Nie pozwolę ci na to! – o nie, nigdy, przenigdy! Pozornie zawsze i w każdej sytuacji pozostawi jej wolny wybór. I przez cały czas niepostrzeżenie będzie ją okradał z wszelkich możliwości decyzji, aby zawsze musiała wybierać to, co jemu odpowiada.
Anielsko nienaganna tyrania, (…) ta cicha, pozornie nieposzlakowana tyrania duchowa.”
Podlaski szlak tatarski
Podlaski szlak tatarski zaprowadzi nas do Bohonik, Kruszynian i Supraśla. Są to najstarsze, w obecnych granicach Polski, skupiska wyznawców islamu. Pamiętają one pierwszych Tatarów sprzed 300 lat, osadzonych tu przez polskiego króla Jana III Sobieskiego. Obecnie we wsiach tych mieszka niewielu Tatarów, ale czynne meczety i cmentarze muzułmańskie sprawiają, że wszyskie te miejsca mają dla nich ogromne znaczenie i nie tylko religijne. Są one również symbolem obrazującym historię wtapiania się tej społeczności w środowisko polskie, jak również siłę przetrwania tej małej grupy w obcym dla niej chrześcijańskim żywiole. Do dzisiaj zachowali swoją odrębność wyznaniową, tradycję pochodzenia i obyczaje. Według narodowego spisu powszechnego z roku 2011 narodowość tatarską zadeklarowało 1916 osób z czego 665 jako jedyną.
Bohoniki i Kruszyniany stają się kilka razy w roku rojne i gwarne, pełne odświętnego charakteru podczas świąt muzułmańskich. Również okres wakacyjny ożywia nieco te biedne, jakby opuszczone podlaskie wsie. Turyści, studenci, letnicy i tatarska młodzież chętnie odwiedzają te miejsca dla niepowtarzalnego klimatu polskiego Orientu. I nie tyle skromne muzułmańskie meczety, architektonicznie bardzo podobne do miejscowych cerkiewek, czy nie tak stare przecież muzułmańskie nekropolie przyciągają rzesze odwiedzających, ale panująca tu atmosfera kresów dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów – atmosfera tolerancji, zrozumienia i akceptacji różnorodności.
Zdjęcia ze zbiorów prywatnych
Jak robić skuteczną reklamę
Co jakiś czas wybucha skandal nad jakąś książką, filmem czy sztuką. Aktualnie jest to spektakl Golgota picnic zagrany przez argentyński zespól, który miał być zaprezentowany na Malta Festiwal w Poznaniu. Na łamach prasy, w internecie pojawiły się strony poświęcone temu tematowi; aż roi się od krytyki i oburzenia. Padają ostre słowa „antysztuka pełna niemoralności i bluźnierstw”, „tania sensacja, żerująca na antychrześcijańskich nastrojach” i wiele mniej delikatnych. Przed siedzibą Nowego Teatru w Warszawie ludzie z różańcami w rękach blokowali wejście do teatru, a potem z garnkami, trąbkami i gwizdkami hałasowano, aby zagłuszyć spektakl.
Jak to na mnie podziałało? Wywołało zaciekawienie tematem i obejrzałam spektakl, który również jest dostępny w internecie. Nie zamierzam poddawać go krytyce, bo nie jest to moim celem. Na pewno jest szokujący, nie w moim guście i po raz drugi nie zamierzam go obejrzeć. Nie miał on na mnie żadnego wpływu, nie zmienił mojego stosunku do wiary i religii. Uważam jednak, że każdy ma prawo wyboru, prawo decydowania co chce oglądać, co czytać i nikt nie może wpływać na indywidualne decyzje w tym zakresie. Kto uważa, że spektakl obraża jego uczucia ma prosty wybór – nie ogląda.
Pamiętam jak przed laty skandal w środowiskach chrześcijańskich wywołała powieść Dana Browna Kod Leonarda da Vinci. Wiele środowisk uważało, że książka „zawiera obelgi i kalumnie skierowane przeciw Jezusowi i Kościołowi”. Domagano się od chrześcijan nie czytania książki i bojkotowania filmu, który później powstał. I jaki to dało efekt? W tym czasie spędzałam urlop nad Morzem Czerwonym. Na leżakach opalali się turyści, wielu z nich z książką w ręku. Przeszłam wzdłuż plaży i podejrzałam co czytają – była to zakazana książka Browna w różnych językach świata. Nie można było zrobić lepszej reklamy autorowi, który dzięki temu w znaczny sposób zwiększył swoje zasoby finansowe, gdyż nakład tej książki w świecie wyniósł w roku 2004 ponad 200 milionów egzemplarzy. Dla mnie książka jest wspaniałym, wciągającym czytadłem, idealnym w podrózy, nie wymagającym wielkiego myślenia.
Wcześniej, bo w roku 1970 sensację wywołał musical Jezus Chrystus Superstar. W wielu państwach, w tym również w Polsce, teatry zamierzały wystawić ten spektakl. Już sam pomysł budził w ludziach potrzebę walki o ochronę Polski katolickiej. W Rosji, w podobnej sytuacji, wystąpiono do prokuratury z wnioskiem o zakaz wystawiania, gdyż jest to dzieło „obraźliwe”. Najsmutniejsze jest to, że umysły ogarnięte dogmatem nie dostrzegają w musicalu żadnych wartości artystycznych czy choćby intelektualnych – czują jedynie ostry policzek wymierzony w ich religijne uczucia. Dla mnie jest to genialna muzycznie opera rockowa skomponowana przez A.L. Webbera, ze wspaniałym wokalem Judasza. Często sięgam do arii z tego musicalu.
Protestujący czynią to często dla samej idei zaprotestowania nawet nie znając danego utworu, nie znając treści jakie dane dzieło zawiera, nie wgłębiając się w nie, nie starają się ich poznać.
To tylko trzy przykłady „skandalizującej” twórczości, a było tego więcej. Krytyka, wyrazy oburzenia wywołały jednak zawsze większe zainteresowanie książką, filmem czy spektaklem.Dla wielu ludzi byłyby one nieznane, nie dostrzeżone, ale odpowiednie środowiska bardzo zadbały o ich rozreklamowanie i nagłośnienie. Natura ludzka jest przewrotna i zawsze będzie sięgać po rzeczy owiane skandalem czy wręcz zakazane.
Okno
W czasach młodości chodząc ulicami zaglądałam w cudze okna, bardzo mnie interesowały. Nie miałam żadnych podtekstów, zwykła ciekawość – jak wyglądają, co się za nimi kryje. Odkryłam wówczas, że w większości okien kuchennych są żółte firanki. Nigdy nie znalazłam odpowiedzi na pytanie: dlaczego właśnie ten kolor. To się zmieniło. Teraz przeważają białe, koronkowe, przesłaniające co najwyżej połowę okna.
W dzień widziałam w oknach kwiaty, pelargonie i od czasu do czasu kota na parapecie przyglądającego się światu za szybą. Nocami okna były ciekawsze. Oświetlone, tętniące życiem. Na ścianach obrazy święte, „jelenie na rykowisku”, zdjęcia rodzinne z obowiązkowym zdjęciem ślubnym, nagie maluszki leżące na baranich futrach, regały zastawione kryształami lub jego imitacją. W kuchennym oknie krzątała się jakaś postać.
Mogłam patrzeć godzinami snując własne fantazje o mieszkańcach skrywających się za tymi oknami.
Ta przypadłość mi nie minęła, mam ją w sobie do dzisiaj, ale czy jestem w tym odosobniona?
Co to jest OKNO? Odpowiedzi otrzymamy różne, w zależności od tego kogo o to spytamy. Źródła encyklopedyczne podają: „element, konstrukcja zamykająca otwór w ścianie lub w dachu, służący do oświetlenia i przewietrzania pomieszczeń”. Historyk powie, że: „Początkowo otwór w ścianie spełniał rolę prymitywnego okna. Później zaczęto go wypełniać zwierzęcą skórą, drewnem czy tkaniną. Dodano następnie okiennice, które można było zamykać i otwierać. Z czasem funkcją okna było nie tylko umożliwienie dostępu światła do wnętrza, ale ochrona przed czynnikami atmosferycznymi. Okna pełniły też funkcję dekoracyjną, wzbogacając formę architektoniczna elewacji budynku. Z czasem w świetle okna zaczęto montować pionowe przegrody, słupki, które łączyły kawałki szkła za pomocą ołowiu. Po raz pierwszy szkło do okien zastosowali Rzymianie. Szklane okna były preferowane przez Europejczyków, podczas gdy okna papierowe, bardziej ekonomiczne, stosowane były w starożytnych Chinach, Korei i Japonii”. Internauta natomiast powie, że jest to „wydzielony obszar ekranu, najczęściej prostokątny, na którym prezentowany jest interfejs programu”.
A co powie poeta?
Poeta – Tadeusz Boy Żeleński (fragment)
…
Kiedy za oknem śnieg prószy
Lub szemrzą jesienne deszcze,
Naówczas w głąb własnej duszy
Chmurni wpatrują się wieszcze.
Powój – Adam Asnyk (fragment)
Niejedna wesoła piosenka
W wiosenne wieczory lub ranki
Wybiega z tego okienka,
Strojnego w białe firanki.
I śmiechu srebrnego kaskada,
Ach, nieraz! z owego pokoju
Spłynęła w okna sąsiada
Po wiotkich splotach powoju.
…
Firanka – Władysław Broniewski
Otworzyłem okno, a firanka
pofrunęła ku mnie,
jak Anka
w trumnie.
Biała firanka, błękitne zasłony,
zaszeleściło…
O! pokaż mi się od tamtej strony!
Jesteś? Jak miło!….
Jak miło… jak miło… jak strasznie,
moja miła…
Ja już chyba nie zasnę…
Firanka? … Czy tyś tu była?
Pękło moje okno – Liliana Ziembińska
Pękło moje okno,
moja ukochana zabawka –
– okno na świat.
Patrzyły przez nie moje
oczy,
dusza i serce.
Pękło moje okno.
I już nic nie widzę !
Kocham Cię, dwa słowa.
Jedno wyznanie, które otwiera
wrota do Twojego serca.
Kocham Cię, dwa słowa
Tak wiele warte,
chociaż to tyłko słowa.
Dla mnie okno jest tym co napisał Charles Boudelaire:
„Ten, kto patrzy przez otwarte okno, nie zobaczy tyle rozmaitych rzeczy, co ten, kto z zewnątrz wpatruje się w okno zamknięte. Nie ma nic równie głębokiego, tajemniczego, niewyczerpanego, równie mrocznego i olśniewającego, jak okno oświetlone świecą. To, co można zobaczyć w blasku słońca, nigdy nie jest tak ciekawe, jak to, co dzieje się za szybą. W tej czarnej lub jaśniejącej dziurze żyje życie, życie marzy i cierpi”.
Źródła:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Okno
http://pl.wikipedia.org/wiki/Okno_(informatyka)
Piekło
Od dziecka straszeni jesteśmy piekłem, jeżeli nie będziemy postępować zgodnie z kanonami religii, społecznymi, jeżeli poprostu będziemy „niegrzeczni”. Nikt jednak z nas tak na prawdę nie wie co to jest piekło i gdzie ono jest.
Według pierwotnych czy starożytnych wierzeń piekło znajdowało sie pod ziemią. Cierpienia, jakie tam doznawano nie wiele różniły się od cierpień nękających rodzaj ludzki za życia: głód, pragnienie, tortury, niewola, ból, męki…
Kolejne, bliższe naszym czasom religie podobnie interpretują pojęcie piekła. W Judaiźmie obok miejsca, gdzie przebywają wszyscy zmarli (szeol) wydzielona jest część dla potępionych za grzechy dokonane za życia. Miejsce to nazywa się gehenna.
W Chrześcijaństwie piekło jest szeroko omawiane zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie. Interpretacje, w zależności od wyznań, nieco się różnią, jednak podstawowo jest to miejsce, gdzie przebywają potępieni aniołowie i ludzie pozbawieni daru oglądania Boga. Poddawani są oni torturom, wszelkim cierpieniom, paleni wiecznym ogniem.
Podobnie piekło interpretują muzułmanie z tą jednak różnicą, że nie wierzący pozostaną w tym ogniu na wieki, a wyznawcy Islamu, którzy znaleźli się tam za popełnione grzechy mają szansę po czasie być przyjętymi do raju.
W Buddyźmie piekieł jest szesnaście, z tego połowa gorących, połowa zimnych. Czas przebywania w piekle nie jest określony, ale zawsze istnieje szansa przejścia przez bramy raju.
Mały wstęp o piekle, do którego bramy widziałam.
Leciałam samolotem z północnej Afryki do Europy. Piękna pogoda, w górze błękit nieba i wolno przeływające małe chmurki; w dole błękit morza. Lot przyjemny, spokojnie zbliżamy sie do celu. I oto w dali pojawiają się ciężkie chmury. Widok, który wzbudził we mnie chęć przedstawienia tego na papierze, ale nie umiem malować. Patrząc, zaczęłam rozumieć malarzy abstrakcjonistów tworzących swoje dzieła pod wpływem emocji chwili. Mój obraz, który zatytułowałabym Brama do piekła mógłby wydać się takim absurdem, byłyby to plamy od bieli przechodzące w coraz głębszą szarość aż do całkowitej czerni.
Górą mały pasek bardzo jasnego błękitu, pod nim śnieżno białe kopułki chmur, jak pęcherzyki. Białe do połowy a potem przechodzące w jasną szarość. Czym bliżej ziemi odcień szarości coraz głębszy, coraz cięższy i bardziej przestraszający. Przy samej Ziemi półkolista czarna otchłań, wjazd do przepaścistej groty, wjazd w głąb Ziemi, do piekła. Samolot skierował swój lot wprost w tę czeluść.
Wjechaliśmy do piekła, ono jest tutaj, nie w głębi Ziemi, ale na niej. Jesteśmy w tym piekle od chwili urodzenia do naszego ostatniego tchnienia. Wojny wiecznie toczące się, reżimy, pseudo demokracje, więzienia, obozy, niewolnictwo, tortury, głód, choroby, plagi, zarazy, epidemie… Można w nieskończonośc wyliczać tragedie, jakie ludzkość przeżywa przez całe swoje istnienie. Cierpimy za życia. To jest piekło, to jest to nasze piekło.





























